Nuty z cyrografu

Rozmowa z GRZEGORZEM CIECHOWSKIM, liderem zespołu Republika

Monika Paluszkiewicz: - Na polskim rynku muzycznym występuje pan dziś w podwójnej roli: lidera zespołu Republika i "trenera młodej kadry". Kierował pan karierą artystyczną między innymi Justyny Steczkowskiej, Kasi Kowalskiej, Krzysztofa Antkowiaka i Atrakcyjnego Kazimierza.

Grzegorz Ciechowski: - Trochę za dużo powiedziane - ja przede wszystkim produkowałem ich płyty. Wydaniu debiutanckiego krążka zawsze towarzyszą spore emocje i przekonanie, że cały świat jest do zdobycia, wszystko do osiągnięcia. Dlatego zdarza się, że płyta startującego wykonawcy jest bardzo nabzdyczona, bo ma zaprezentować artystę w całej jaskrawości. On zaś często nie wytrzymuje takiego napięcia i wtedy przydaje się ktoś, kto spowoduje, że debiutant nabierze dystansu do samego siebie, a jednocześnie będzie potrafił zdefiniować siebie. Musi się bowiem zdecydować na jakiś profil swojej działalności po to, by móc nagrać kolejne płyty. Często jestem autorem tekstów z debiutanckich krążków. Dzięki temu wykraczam poza rolę producenta, staję się strażnikiem wiarygodności.

Młodzi polscy artyści nierzadko wolą jednak startować o własnych siłach.

- Zatrudnienie producenta jest często postrzegane jako przejaw ekskluzywności: raczej fanaberia niż konieczność. Taka forma udzielania pomocy, zwłaszcza młodym twórcom, od dziesięcioleci funkcjonuje wszędzie tam, gdzie muzyka jest przemysłem. To pewnie brzmi ohydnie: producent, produkcja? Ale zaangażowanie wytwórcy to pierwszy podstawowy wybór, jakiego trzeba dokonać. To pierwszy krok dający większe szanse na to, że koncern fonograficzny podejmie ryzyko nagrania płyty, a następnie wprowadzenia jej na rynek.

- W Polsce bardzo popularny jest nurt muzyki etnicznej. Przebojowo wpisał się pan w niego krążkiem "ojDADAna". Czy był to jednorazowy eksperyment czy fascynacja, która ujawni się również na kolejnych płytach?

- To był jednorazowy eksperyment, po prostu kolejny pomysł; już wcześniej chciałem go zrealizować. Nie zdawałem sobie jednak sprawy z tego, jakie emocje rozbudzi ta płyta. Album rozsyłano do różnych krajów - miał pokazać, jak można wykorzystać i uwspółcześnić muzykę ludową; uznano go za klasykę w tym nurcie. Dziś emocje przycichły. Od wydania krążka upłynęło dwa i pół roku, a ja nie odczuwam potrzeby powielania jednego pomysłu.

- Największym przebojem z płyty "Masakra" stał się utwór "Mamona". Dziś piszę dla mamony, ta piosenka jest pisana, śpiewana i wydana dla pieniędzy - to autoironia czy krytyka wymierzona w kiczowate gwiazdki jednego sezonu?

- W wypadku piosenki "Mamona" doszło do sprzężenia zwrotnego; utwór stał się przebojem, mimo że opisuje mechanizm wulgarnego myślenia o powstawaniu przeboju. Potraktowano ją jako dobry dowcip sytuacyjny. Sądzę, że niewielu wykonawców może pozwolić sobie na zaśpiewanie takiego utworu. Ja dobrze wiedziałem, co robię, bo na możliwość zaprezentowania tego rodzaju autoironii musiałem zapracować. Dlatego nie boję się zarzutów, że ta sprawa dotyczy również mnie. Możliwość realizowania własnych pasji i zarazem sprzedania twórczości to idealne połączenie dwóch tęsknot. Każdy twórca byłby gotów podpisać cyrograf, aby móc nagrać płytę mającą wszelkie znamiona artyzmu i równocześnie mieszczącą się w kanonach undergroundowości. Najlepiej być artystą "podziemnym", a jednocześnie sprzedać 400 czy 500 tys. płyt.

- Kim jest fan Grzegorza Ciechowskiego i Republiki? Od odbiorcy własnych tekstów wymaga pan sporej inteligencji.

- Bierze się to pewnie stąd, że codziennie jesteśmy obrażani tekstami, które z powodu arogancji ich autorów drażnią nas banałami. Nie chcę teraz przyjmować roli mentora, bo wiem, że pisanie tekstów, zwłaszcza na płytę autorską, jest największą męką, ale muszę stwierdzić, iż polskiej piosence bardzo brakuje dobrych, oryginalnych i ciekawych tekstów. Bez nich utwór nie będzie oddziaływał i nie stanie się przebojem. Łatwiej jest natomiast pisać dla innego artysty, jak to robiłem dla Justyny Steczkowskiej czy incydentalnie dla Lady Pank. Natomiast jeśli ktoś stara się opisać siebie, pole do popisu dramatycznie się zawęża.

- Jest pan uważany za przedstawiciela rocka protestującego. Przeciwko komu i czemu buntują się lub powinni się buntować współcześni muzycy rockowi?

- Określenie "artysta protestujący" zakładające, że piosenka ma do wypełnienia jakąś misję, jest uproszczeniem. To przyprawianie muzykom "gęby", postrzeganie ich jako ludzi wiecznie złorzeczących, piszących "protest songi" przeciwko czemukolwiek. Oczywiście, opisywanie rzeczywistości obfituje w tego rodzaju tematy, ale trzeba to robić instynktownie, a nie programowo. Ja staram się odnaleźć zgodę wewnętrzną na to, co dzieje się na zewnątrz. Nie oceniam, opisuję rzeczywistość taką, jaka jest. Jeśli jest trudna i bolesna, moje piosenki odczytywane są jako protest.

- Kilku polskich artystów zdecydowało się nagrać płyty "międzynarodowe". Polega to głównie na tym, że piosenki śpiewane są po angielsku, a przedstawicielstwa koncernów fonograficznych w różnych państwach wydają krążki na swoim terenie. Czy dzięki temu muzycy stają się artystami "światowymi"?

- To, że ktoś staje się artystą międzynarodowym, wcale nie musi oznaczać, iż powinien śpiewać po angielsku. Dowodem na to - nie jedynym zresztą - jest sukces Gorana Bregovicia w Polsce. Sądzę, że wszyscy jesteśmy ofiarami pionowej struktury promocyjnej, której główne ośrodki znajdują się w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Wszyscy chcący tam dotrzeć muszą się poddać tej dziwacznej pionizacji, dlatego śpiewają po angielsku. Tak naprawdę prawie nikt z nas (najwyżej 5 proc. słuchaczy) nie analizuje dokładnie angielskich tekstów. Nawet ja, mimo że dobrze znam ten język, rzadko docieram do sedna; raczej instynktownie odbieram treść i nie zadaję sobie trudu dokładnego tłumaczenia i zrozumienia wszystkich słów. Podobnie jest w wypadku piosenek francuskich, czeskich czy węgierskich, do których w ogóle nie mamy dostępu, bo nie podlegają ogólnoświatowej promocji. Z drugiej strony to, że artyści usiłują zrobić karierę światową, śpiewając po angielsku, uważam za zrozumiałe. Jest to w tej chwili jedyna dostępna metoda. Ja kompletnie się do tego nie nadaję. Na początku lat osiemdziesiątych zespół Republika obok Lady Pank i TSA został zaproszony do współpracy przez grupę młodych prężnych menedżerów z Londynu. Nagraliśmy wtedy anglojęzyczną płytę zatytułowaną "1984". Pomijając fakt, że moja wymowa angielska była trochę dziwaczna, to przedsięwzięcie okazało się zupełnie nie trafione. Moje piosenki zachowują swoją naturę tylko wówczas, gdy wykonywane są w języku polskim i dla krajowej publiczności - w takich warunkach mają swoją wagę i wartość. Nie sądzę jednak, że słuchanie utworów po polsku może uwłaczać Niemcowi, Francuzowi czy Czechowi. Oni mogą słuchać naszych piosenek, tak jak my poznajemy ich utwory po czesku czy niemiecku.

Rozmawiała

Monika Paluszkiewicz

Grzegorz Ciechowski edukację muzyczną rozpoczął od prywatnych lekcji gry na flecie. W 1980 r. powstał zespół Republika; Ciechowski był liderem i kompozytorem muzyki grupy. Popularność zdobywały kolejne płyty - "Nowe sytuacje", "Nieustanne tango". W 1986 r. artysta rozpoczął solową karierę; w tym okresie swej pracy twórczej nagrał albumy "Obywatel G.C.", "Tak, tak", "Stan strachu" i "Obywatel świata". W latach 90. Republika wydała krążki "1991", "Siódma pieczęć", "Republika marzeń", "ojDADAna" (Grzegorza z Ciechowa) i "Masakra".

Dzięki uprzejmości Redakcji Tygodnika "WPROST"