"Każdy musi grać"

Z Grzegorzem Ciechowskim i jego mamą Heleną
rozmawia Liliana Śnieg-Czaplewska ("Twój Styl").

GRZEGORZ CIECHOWSKI, lider zespołu Republika z przerwami na rzecz Obywatela G.C. Słowa do wielu przebojów podpisywał panieńskim nazwiskiem matki: Omernik. Producent, płytowy aranżer, posiadacz czterech Fryderyków. Autor i współautor co najmniej 17 płyt (ostatnia Naga we współpracy z Justyną Steczkowską). Wychował się w zapachu mleka (tata był mleczarzem) i gwiździe pociągów (dziadek kolejarz) mijających stację Tczew. Uwielbia ciasto drożdżowe z migdałową kruszonką i "wszystko co dobre".
HELENA CIECHOWSKA, fryzjerka z zawodu, dziesiąte dziecko w rodzinie. Matka trojga dzieci: Aleksandry, Grzegorza, Małgosi. Wdowa od czterech lat. Babcia siedmiorga wnucząt, dla których podróżuje z Tczewa do Warszawy i Helsinborga (Szwecja).
HELENA CIECHOWSKA: Grzesio urodził się w 1957 roku, ważył pięć i pół kilo. Do ośrodka zdrowia zbiegli się wszyscy, bo tak dużego niemowlaka jeszcze tam nie widzieli. Potem byt zwyczajnym kochanym chłopcem. Butnym, bo lubił przewodzić na podwórku. Nie mógł przeboleć, że jest młodszym bratem swojej siostry, bo to on chciał być mocniejszy i mądrzejszy. O to szły walki. Oleńka lepiej się uczyła, pilniej ćwiczyła gamy na pianinie. Grześ, jak miał gamy grać, to kolegę prosił, a sam robił co innego.

Muzyczne geny przekazuje się w rodzinie Omerników z pokolenia na pokolenie. Ojciec Robert osiem lat grał na akordeonie i na różnych kontrabasach w cesarskiej orkiestrze w Wiedniu. Każdy z jego braci grat na innym instrumencie, tak jak potem jego synowie, a moi bracia. Kiedy się urodziłam, mój najstarszy brat miał 27 lat, a ostatnie dziecko przyszło na świat cztery lata po mnie. Byłam dziesiąta wśród pięciu chłopców i sześciu dziewczynek. - Jak mamka to wytrzymała? - pytałam mamy (wszyscy tak się do niej zwracaliśmy). Przy takiej gromadce dzieci lekko jej nie było. A mimo to nigdy nie była na nas zła, co najwyżej zmartwiona. W domu był posłuch. Mogliśmy się kłócić, ale tak, żeby mama nie widziała ani nie słyszała. Szybko musieliśmy (i umieliśmy) nawzajem się przepraszać. Najstarsi z rodzeństwa byli dla nas jak rodzice.

Zawsze miałam muzykę w sobie, ale nie mogłam się jej uczyć. Czterej starsi bracia chodzili do liceum, dla mnie już nie starczyło. Po wojnie trzeba było myśleć o zawodzie, wybrałam fryzjerstwo. To, czego sama nie mogłam mieć, chciałam dać dzieciom. Grzesio jako siedmiolatek chodził do szkoły muzycznej, a jeszcze wcześniej do organisty. Nauka szła opornie i organista walił go po paluszkach, choć my wtedy o tym nie wiedzieliśmy. No i jak nie mógł otworzyć ciężkich drzwi, to nawet nie wchodził na klatkę schodową, tylko się odwracał, i w nogi. A mnie mówił, że nie było nikogo w domu.

Gdy urodziłam najmłodszą Małgosię, Oleńka miała 11 lat, Grzesio osiem i pół roku. Ona chciała mieć siostrę, on brata. Gdy wyraził swoje niezadowolenie, dostał od ojca burę za samą minę: "Zaraz ci tu pasem miłość do siostry wyrobię". Później pokochał Małgosię ogromnie. Miał z nią więcej wspólnego niż ze starszą siostrą, która była całymi dniami zajęta, ciągnęła dwie szkoły, w tym muzyczną. Grzegorz nigdy nie myślał, że w przyszłości wybierze muzykę. Kiedy szedł do pierwszej klasy (był dziwny, bo wszystko robił lewą ręką), martwiłam się o niego. -Mamusia, o mnie się nie bój, dam sobie radę - powtarzał. Po trzech miesiącach nauki wybiegł mi na spotkanie aż na most, ubrany w za dużą pilotkę ojca, bo tylko taka była pod ręką, i z daleka do mnie krzyczał: "Dostałem piątkę, dostałem piątkę". Wszystkie dzieci w klasie już ją dostały, a on tyle czekał! Potem z polskiego miał zawsze piątkę. W dzieciństwie chciał być kominiarzem, marynarzem, dyrektorem zoo. Ale tymczasem usiłował rządzić. W czasach, gdy telewizor był rzadkością, mleczarnia, w której całe życie mąż był prezesem, kupiła jeden odbiornik. Grzegorz zdobył sobie przywilej wpuszczania kolegów do świetlicy. Gdy szedł serial Zorro, stał na progu przebrany za Zorro, podczas Złamanej strzały na głowie miał pióropusz, u pasa finkę, skórzane spodnie z komisu. Bardzo serio traktował rzeczywistość telewizyjną i seriale oglądał w kostiumach. Chyba 4,5-letni przyszedł do mnie z bochenkiem chleba i powiedział: "Mamo, z Bogiem, jadę do Indii". Odpowiedziałam: "Z Bogiem, chłopcze, jedź". Nieraz tak się wybierał, więc się nie przejęłam. Po jakimś czasie słyszę szum na dole, to przyszli sokiści z dzieckiem.

W domu robił wszystko, szczególnie w niedzielę. Gdy zebrało mi się na popołudniową drzemkę, froterował 13-metrowy korytarz, sprzątał, zmywał statki. Tak szybko dojrzał, że ani się obejrzałam, bez żadnych kłopotów.

Dlaczego nie wszystkim rodzicom to się udaje? Oboje z mężem byliśmy tolerancyjni. On nigdy dzieciom przykrego stówa nie powiedział, ja wymagałam. Ale kiedy się coś działo, zawsze najpierw przychodziły do mnie. Miałam szczerą więź z moimi dziećmi, ale sprawy seksu były tabu w rodzinie. One widziały, że my się bardzo kochamy, ale nic im nie mówiłam. Podsuwałam jedynie książki, ale medyczne, które chciałam przed nimi ukryć, sami potrafili znaleźć. W żadnych codziennych sprawach nie oszukiwaliśmy się. Dziś jestem dumna z moich dzieci. Gdy Grzegorz był w trzeciej klasie licealnej, poprosił o flet. Wzięliśmy pożyczkę bez oprocentowania i ktoś mu ten flet poprzeczny przywiózł zza granicy. Potem zostawił go pod drzewem podczas autostopu (był już wtedy studentem i mężem Joli). Nawet ojcu o tym nie powiedział, bo teściowie kupili mu drugi. Ożenił się, mając 22 lata, ze szkolną miłością, a ponieważ Jola szła do Torunia, on poszedł za nią. Moje dzieci szybko się zakochiwały, a Grzegorz zawsze byt po ojcu ufny i otwarty. Do dziś żyjemy z Jolą w przyjaźni.

A potem mój syn spotkał Małgosię, a właściwie Małgosia spotkała Grzesia. Moi rodzice dożyli złotych godów, ja i mąż do końca byliśmy razem szczęśliwi, nie zdążyliśmy się sobą ani znudzić, ani sobie uprzykrzyć. Ale co może zrobić matka, gdy dorosłe dziecko się rozwodzi? Gdy zaczęła się sprawa z pierwszym rozwodem Grzesia, niewiele wiedzieliśmy. Rodzice widać dowiadują się ostatni. Wtedy mój syn napisał do mnie piękny list, który jest dla mnie świętością. Niczym nie umniejszył zasług Joli, którą wszyscy kochaliśmy, ale napisał, że nieraz w życiu trzeba przejść ciernistą drogę, żeby dojść do innego uczucia. Gdy powiedział mi o trzeciej przyszłej żonie, to znowu była dla mnie bomba. Jako matka pytałam:

"Dlaczego teraz Ania? Czy ona za pięć lat będzie ci odpowiadać?" Ale syn mnie zgasił: "Mamuś, ja chcę mieć taki dom, z jakiego sam się wywodzę, jaki pamiętam. Chcę, żeby ktoś na mnie czekał, chcę mieć z kim się dzielić radością i smutkiem". Minęło parę lat, dziś jestem bardzo szczęśliwa, mam dwoje kolejnych wnuków. Z sympatią podchodzę do wszystkich moich synowych, z żadną nie miałam konfliktów, wszystkie mi mówiły "mamo". Swoim dzieciom przekazywałam te same zasady, które wyniosłam z domu, wpajałam prawdomówność, ale dziś jest chyba trudniej żyć.

Powiem pani szczerą prawdę, gdyby to nie byt mój syn, wcale bym się nie interesowała muzyką rockową, bo ten rodzaj muzyki na mnie nie działa. Później mi się to nawet spodobało, umiem zanucić wszystkie jego piosenki, mam jego płyty, interesuję się jego pracą.

GRZEGORZ CIECHOWSKI: Dom to mama, która w ciągu dnia była w domu, i ojciec, którego całymi dniami nie było, ale byt na podorędziu. Urzędował w tym samym budynku mleczami, w którym mieliśmy służbowe 140-metrowe mieszkanie. Mama pozwalała nam na wszystkie dziecięce zabawy. Nic jej nie przeszkadzało, chyba że biliśmy się z Olą. Pamiętam, że wielkim łóżkiem, które było naszym statkiem, jeździliśmy w dalekie wyprawy na egzotyczne wyspy. Tak, łóżkiem po pokoju. Rodzice często wychodzili z domu i robili to, na co mieli ochotę. Dziś myślę, że to dobrze, że tak się potrafili bawić, cieszyć swoim towarzystwem. I nas odwiedzało mnóstwo ludzi, to był dom otwarty. Trzeszczał w szwach, gdy nadciągało jedenaścioro rodzeństwa mamy, ojca siedmioro pomnożone przez dwa (współmałżonkowie!) Uroczystościom rodzinnym towarzyszyła muzyka. Czy ktoś umiał, czy nie umiał, grać musiał. Wujkowie przychodzili ze skrzypcami, gitarą, ktoś siadał do fortepianu. A jak nie miał żadnego instrumentu, łapał za łyżkę i butelkę. Do dziś z Olą pamiętamy szklane muzykowanie. Tu chodziło o piosenki, a nie o to, kto gra ładniej, a kto lepiej.

Gdzieś od szóstej klasy zacząłem najpierw rozbierać pianino, żeby było głośniejsze, bo głównie na tym mi zależało, a potem waliłem w nie kilka godzin, rozstrajając je, ku wściekłości Oli, znakomitej uczennicy szkoły muzycznej. Potrafiłem przez godzinę grać na okrągło jeden utwór Deep Purple. Aż poszedłem do tej samej szkoły muzycznej, z której zrezygnowałem w wieku 7 lat, spotkałem tę samą nauczycielkę. Zacząłem ostro nadrabiać straty.

Dom to dla mnie spokój i bezpieczeństwo. Musi być w nim zawsze ktoś obecny (nawet jeśli mieszkam w akademiku). Gdy wyjechałem z domu z rodzinnego Tczewa na studia polonistyczne do Torunia, a potem do Warszawy, mama znacznie lepiej śledziła to, co się u mnie dzieje, niż ojciec. Pamiętam, że nagrałem już drugą płytę Republiki, była na topie, gdy zapytał mnie, czy myślę o jakiejś porządnej pracy. Normalnej, uczciwej. Nie był optymistą co do mnie, nie bardzo chciał uwierzyć, że może mi się powieść. A z czego ty, synu, utrzymasz rodzinę?

W dzisiejszym świecie to normalne, że ludzie się schodzą i rozchodzą. Czasami w życiu trzeba ustąpić, wycofać się na jakiś czas, żeby coś ocalić. Stanąć z rękoma podniesionymi do góry, przeczekać, aż druga strona się uspokoi. Bo nie ma innego wyjścia. Ale z ojcostwa rezygnować nie wolno ani z prawa do ojcostwa. Trzeba je twardo egzekwować. Mam wspaniały kontakt z moją najstarszą córką 10-letnią Werą, której przybyła trzyletnia siostra Helenka (imię po babci) i ponad półtoraroczny braciszek Bruno. W lecie byliśmy z Werą u jej drugiej cioci, mojej siostry, w Szwecji. Myślę, reasumując moje problemy rodzinne, że wróciłem do miejsca, które jest dla mnie naturalne. Moja mama to rozumie. Dzięki niej wiem, co będę mógł przekazać swoim dzieciom. Z domu rodzinnego wyniosłem przekonanie, że jeśli między rodzicami jest wszystko w porządku, to dzieci czują się bezpieczne. A moi rodzice do tego stopnia byli zajęci, że często o nas zapominali. Mimo to czuliśmy się bezpiecznie, bo widzieliśmy, że się kochają, że ich sprawy są dla nich ważne i dlatego o nas czasem nie pamiętają. Że to naturalne. Taki obraz wynieśliśmy z domu. Uważam, że to wiele. Chciałbym, żeby w moim domu też tak było. Żeby dzieciaki były świadkami spokojnego, a jednocześnie ciepłego związku. To jest dla nich najważniejsze, bo potem będą instynktownie dążyły do niego, tak jak i ja do tego instynktownie dążyłem. Wreszcie się udało.