Wywiad z Razem 22 XII 85 r.
(autor Krzysztof Masłoń)

- Czy jesteś erotomanem?

- No wiesz...Nie będę odpowiadał na takie pytanie.

- Dlaczego? Są dwie odpowiedzi: tak lub nie.

- No więc - tak. Bez wątpienia, bardziej tak niż nie. Tylko że to samo pytanie mógłbym tobie zadać.

- I odpowiedź pewnie byłaby podobna. Należy się jednak wyjaśnienie. O twój stosunek do erotyki pytam nie bez   powodu. Cała twoja twórczość zawarta w nagraniach Republiki wskazuje na to, że interesują cię dwie sprawy: seks i polityka.

- Może nie seks. To określenie funkcjonuje u nas na pewnej autonomicznej zasadzie. Seks istnieje tak, jakby nic nie było poza nim, obok niego. Erotyka jest pojęciem znacznie szerszym, splata się ona z wieloma innymi aspektami życia.

Tak więc na erotykę i politykę - zgoda. Więcej, powiem, że tylko i wyłącznie to mnie interesuje. W tym kontekście muzyka jest w ogóle nieważna.

- Przedkładasz więc tekst nad muzykę.

- Nie można tego oddzielać. Już dawno różni ludzie powiedzieli to i napisali, że utwory takie, jakie my wykonujemy, tworzą struktury, które po wyjęciu jednego z tych dwóch elementów, rozsypałyby się w drobny mak.

- Ale powiedziałeś, że muzyka cię nie interesuje...

- Zagalopowałem się, uściślę więc: interesuje mnie ekspresja, to, co chcę powiedzieć, musi się jakoś uzewnętrznić.

- Na początku było słowo...

- Tak. Pisałem wiersze. Nie opublikowane dotąd, choć miałem parę propozycji.

(...)

- Zrezygnowałeś więc z literatury.

- Nie. Ja przecież cały czas robię w słowie i z pewnością kiedyś wrócę do tamtego pisania. Nie tylko wierszy, próbowałem także pisać bajki, baśnie...

- Erotyczne czy polityczne?

- O miłości, oczywiście. Ale o polityce też, faktycznie!

- Pozostańmy jeszcze przy literaturze. Głośno było w swoim czasie o twoim wzorowaniu się, o czerpaniu inspiracji z Vonneguta, Orwella.

- To już wina dziennikarzy pisujących o muzyce. Wymieniałem nazwiska po to, by określić pewne okolice, pola myślowe, które są mi bliskie. Swoją drogą zrobiłem Vonnegutowi w Polsce dodatkową reklamę, jego książki były rozchwytywane, z bibliotek kradziono je. Co ja jednak, moje pisanie, ma wspólnego z tym facetem śmiejącym się ze wszystkiego. Jeśli już miałbym się na kogoś powoływać, to na Orwella.

(...)

- Obok swoich wiernych fanów Republika ma również zdeklarowanych przeciwników.

- Tak, najczęściej tych, którzy odrzucili nasze utwory, nie potrafiąc ich zrozumieć, dojść do sedna spraw, o których mówimy. To chyba ta niemoc zrodziła agresję pojawiającą się przecież nierzadko na naszych koncertach.

- I nie tylko na nich. Przyzwyczaiłeś się już do niej?

- Tak, z tym, że ta agresja narastała przez dłuższy czas, osiągnęła swój zenit w Jarocinie i teraz powinno już być inaczej. Jedni się przekonali do nas, drudzy utwierdzili w swym uporze.

- Początek tej wojny z Republiką datuje się też od Jarocina, sprzed dwu lat, kiedy to
zdaniem wielu - stchórzyliście przed bojowo nastawioną publicznością.

- Tylko, że Zbyszek był wtedy w szpitalu, co jakoś nikogo nie interesowało.

- Mniej więcej w tym samym czasie zaczęto mówić o zdradzie Republiki. Zdaniem jednych - rockowych ortodoksów - poszliście na lep komercji, drudzy twierdzą, że jesteście przemądrzali.

- To są zarzuty bezsensowne, ale łatwo je wyjaśnić. Po pierwsze - są ludzie, fani rocka, a także niektórzy dziennikarze, którzy słuchają tylko zespołów początkujących; w tamtym okresie były kapele punkowe albo pseudoawangardowe. I tylko te zespoły oni uznawali. Gdy jednemu z zespołów, tak jak się to stało z nami, udało się przekroczyć pewien próg, znaleźć się na pułapie profesjonalnym, podnoszono lament. W tym miejscu konieczna jest dygresja - cztery lata temu traktowałem grę tak samo profesjonalnie jak dzisiaj. Jedyna różnica polega na tym, że wtedy żyłem z rodziców, a dziś - z siebie.

Po drugie - punk-rockowcy na początku uwierzyli, że gramy ich muzykę. Bardzo szybko jednak oprzytomnieli i przestali nas lubić, tym bardziej że się na Republikę nabrali.

Żadnej zdrady nie było! Ci, którzy tak mówili - po prostu są głupi! Jaka zdrada? Komu się deklarowałem i z czym? Wiesz, przed sobą jestem czysty, przed żoną - jedyną moją prawdziwą ostoją i papierkiem lakmusowym mojej twórczości - także.

- Wejście do elity rockowej młodego zespołu nieczęsto się zdarza. Kto wie, czy nie stanowicie ewenementu? Dlaczego się tak dzieje?

- U nas bardzo wyraźne są podziały na muzyczne ligi. I - to kilka najlepszych zespołów, II - to czysta komercja, wreszcie III - to młode, startujące grupy. Tym ostatnim jest dziś trudniej niż nam przed czterema laty, bo nie ma już tego ciśnienia, które wypychało wówczas muzyków w górę, bardzo wysoko.

Trudno jest im również z tego powodu, że opierają się wciąż na tej samej bazie muzycznej. 5 lat temu Nowa Fala miała znaczące osiągnięcia, dziś - śmieszy, bo patrzy się na nią jak ja przed laty na hard rock - jako na coś, co się skończyło. Obecnie jesteśmy na innym etapie i ci, którzy wciąż tkwią w tej samej formie - oszukują słuchaczy i samych siebie.

Tak jest nie tylko u nas, na Zachodzie ludzie też nie są w stanie tego zrozumieć. Muzycy powpadali w schematy, to przecież co gra U2, JOY DIVISION (zespół nie istniejący wówczas już od pięciu lat - przyp. AP&H), a zwłaszcza królujący CURE jest przebrzmiałe.

(...)

- Muzyka Republiki także ewoluuje. Czy jest to rozwój naturalny, wynikający z waszych przemyśleń, czy po prostu dostosowanie się do dominujących obecnie prądów?

- To trudno rozstrzygnąć. Słuchamy, oczywiście, nowej muzyki, ale przecież ślepo nie wzorujemy się na niej. Nie wiem jeszcze, jak będzie dalej. Mamy gotowy materiał na półtorej płyty. Ta płyta będzie cholernie trudna, mimo tego, że już teraz wiem, iż będzie najlepsza. To zupełnie inna muzyka niż ta z Nowych Sytuacji i  Nieustannego Tanga.

- W porównaniu z innymi zespołami Republika zadziwia stabilnością swego składu. Nikt od was nie odchodzi, nikt nie przychodzi. Dobrze to świadczy o atmosferze w grupie, ale czy dzieje się to z korzyścią dla samej muzyki?

- To Pat Metheny czy David Bowie mogą sobie bez przerwy zmieniać ludzi, bo są takimi indywidualnościami, że nie ma to dla nich znaczenia. My jesteśmy jednym organizmem, który się musi uzupełniać. Zresztą nasza wiarygodność - kto wie czy w ogóle nie najważniejsza w tym, co robimy - opiera się też na składzie zespołu. Zmieniłaby się jedna osoba i już inna byłaby osobowość.

Oczywiście mogę popracować z innym muzykiem, np. myślimy o współpracy z dodatkowymi instrumentami perkusyjnymi, dętymi, z chórkiem.

- Czy plany te znajdą odbicie na trzeciej płycie?

- Bardzo bym tego chciał, tylko że w praktyce okazuje się często, iż nie ma na żadne eksperymenty czasu i musimy uciekać się do niezastąpionej  Yamahy. No, ale może tym razem nasze zamierzenia zrealizujemy.

- Jak jest z twoja rola lidera w zespole? Za sobą masz przecież trzech muzyków, którzy nie chcą stanowić wyłącznie tła dla ciebie.

- No pewnie. Nikt z nas nie jest wirtuozem i w związku z tym nie ma takiej możliwości, byśmy oddzielnie mogli robić to, co wykonujemy wspólnie. Jest to mechanizm zębaty, który się musi uzupełniać. To, że jestem w tym mechanizmie akurat pierwszym kółkiem, nie znaczy, że mogę się obyć bez pozostałych.