Wszystko albo nic

Z Grzegorzem Ciechowskim rozmawia Jan Piasecki

  W krótkim czasie popularność zespołową (“Republika”) zdołał pan zamienić na karierę solową. To wspaniale, ale słuchacze twierdza, ze najpierw zdradził pan “Republikę”, a potem całego rocka. Nie wiadomo dokładnie, z kim. Jedni sądzą, że z teatrem, inni, że z jazzem.

To naturalne, że im większy jest krąg odbiorców tego, co robię, tym łatwiej mi narażać się na wyrok: ON ZDRADZIŁ. Oto krótka historia moich zdrad; w pierwszej fazie istnienia “Republika” odczytana została przez publiczność punk-rockową jako zespół działający w tym nurcie. Kiedy okazało się, że jest inaczej, punkowcy okrzyknęli nas ,,zdrajcami”. Natychmiast podpisali się pod tym, co robiliśmy, bliżej nie określeni “popersi”. Dochodziło nawet do ulicznych bójek między tymi grupami. Potem ,,Republika” “zdradziła” publiczność rockową, bo nie pokazała się na jarocińskim koncercie. Więc na pohybel ,,Republice”! Dalejże palić plakaty, łamać płyty. Później zespół ośmielił się ewoluować w swojej muzyce. W repertuarze pojawiły się utwory wyposażone w jakąś podejrzaną refleksyjność, pojawiły się nowe brzmienia. Zdrada! Dziennikarze syczą: komercja! Później nastąpiło rozwiązanie zespołu: Ciechowski zdradził! Ukradł własne kompozycje, teksty i nagrał płytę z jakimiś jazzmanami. Oj, nieładnie, nieładnie, nieautentycznie poczyna sobie G.C. Potem kolejna płyta. Znowu nagrana nie wiadomo z kim. Stańko? Kto to jest Stańko? Karolak? A w jakim zespole on gra?

To tyle o moich zdradach w skrócie. Słowo to pojawiało się zawsze wtedy, kiedy mnie wydawało się. że stawiam kolejny krok, że podejmuję jakieś artystyczne ryzyko. Kiedy chce się iść swoją drogą, a nie wydeptaną ścieżką, zawsze można usłyszeć zarzuty.

Starsi mówią, że Ciechowski jest teraz skonformizowany i osobiście odpowiedzialny za fakt, że na okładce ostatniej swojej płyty “Tak, tak” wygląda na urzędnika z teczka. Czy sadzi pan, że można pana zaliczyć do nurtu muzyki alternatywnej?

Rzeczywiście, jestem sprzedawczykiem. Pod lewą pachą mam tatuaż ,,Program I”, pod prawą “Program II", a w miejscu bardziej intymnej części ciała wytatuowano mi wielkimi kulfonami “Lista Przebojów Programu Trzeciego Polskiego Radia”. Dałem się przekupić za honoraria, które pobieram za wywiady w TV. Listonosz jest świadkiem mojego upadku moralnego, a nawet mógłbym go nazwać swoim wspólnikiem: kiedy przynosi mi sumę 2 tysiące 500 zł - dostaje końcówkę (to jego dola za milczenie). To prawda, że wyglądam na okładce swojej płyty jak urzędnik z teczką. W spisie płyty podano, że na pomysł swojego nowego wizerunku wpadłem wraz z Małgorzatą Potocką, ale widzę, że trudno pana przechytrzyć! To, że tak wyglądam jest wynikiem odgórnego nakazu. który otrzymałem od bossów wielkiej machiny polskiego showbusinessu. Chciałbym jeszcze spytać, czy tak wyobraża sobie pan zagrożenia czyhające na niezależnego artystę? Tłum krwiożerczych redaktorów, którzy najpierw zapraszają mnie do swoich rezydencji, upijają, bawią się mną. a potem podsuwają do podpisania jakieś cyrografy? Budzę się następnego dnia i jestem zgubiony?! Czy o budowanie takich mitów chodzi? Jestem niezależny. Sam komponuję, piszę teksty, sam również wykonuję swoje piosenki. Nie robię nic na zamówienie (pomijając muzykę filmową, ale i tu godzę się na współpracę tylko przy ciekawych scenariuszach i z reżyserami, których cenię jako twórców). Nie zaliczam tego, co robię, do żadnego nurtu, również do nurtu muzyki alternatywnej. Mam tylko nadzieję, że moje płyty i koncerty to odrębna propozycja.

Niedawno stwierdził pan publicznie, że nie jest przywiązany do zawodu muzyka. Czy nie jest niemoralne wyrzucanie na śmietnik korzeni dzisiejszej popularności? A może po prostu jest pan jednym z wielu wykonujących nie swoją pracę...?

Gdy wypełniam formularze w jakimś urzędzie i dochodzę do rubryki ,,zawód”, zawsze czuję się zakłopotany. Bo niby, co mam tam napisać? Kompozytor? Owszem. to brzmi dumnie, ale kompozytor to przecież wyfraczony facet z wielką partyturą pod pachą, poważny twórca, nie, to do mnie nie pasuje. Autor, literat? Też nie, musiałbym mieć jakiś dom w leśnym zaciszu, uprawiać długie spacery z psem i pisać, pisać. To nie ja. Piosenkarz? Nie jestem piosenkarzem. Muzyk rockowy? Dobrze, załóżmy, że wpisuję w rubrykę ,,Muzyk rockowy”. Od razu słyszę pytanie: ,,A więc jest pan muzykiem rockowym?”. Odpowiadam: “Tak!” Następne pytanie: “Dobrze, teraz jest pan muzykiem rockowym, ale w końcu chyba weźmie się pan za jakąś porządną robotę?” Odpowiadam: “Nie, będę do końca życia szarpidrutem”. Nikt mi w to nie uwierzy! Jak to? 50-letni rockman? 60-letni? Fe! To już jakaś perwersja. Na rynkach zachodnich takie pytania jak: “Co pan będzie robił później, kiedy się już pan wyprztyka z estradowych sztuczek?”, padają o wiele rzadziej. Sukces ma tam formę bardzo wymierną, sprawdzalną w banku. W Polsce, kiedy muzyk rockowy przekracza trzydziestkę wszystkich ogarnia jakiś niepokój. Patrzcie go! Taki stary, a jeszcze podskakuje z tą gitarą! Hej, uważaj, bo się przedźwigniesz! Młodych można jeszcze zrozumieć, wiadomo, muszą się wyszumieć. Ale ten stary koń? Chodźcie, zapytajmy go, co też ma zamiar robić za kilka lat? Zobaczymy, jaką będzie miał minę!

Starość to rzeczywiście przykra sprawa. Wróćmy do pana wizerunku scenicznego. Można otóż odnieść wrażenie, ze na scenie jest pan zupełnym egoistą. Młodzież krzyczy, “Grzesiu, Grzesiu" i po pewnym czasie staje się śmieszna, bo z pana strony nie ma reakcji...

Przecież koncert to nie spotkanie autorskie. Czy uważa pan, że powinienem w takich momentach przerywać grany właśnie utwór i odpowiadać uprzejmie: Słucham? O co chodzi? Proszę o pytania. Starałem się zawsze, aby moimi koncertami rządziła konwencja teatralna i o takie środki chciałem je wzbogacać. Nie chcę i nie potrafię kokietować publiczności. Fakt, że nie reaguję na takie zawołania nie może świadczyć o tym, że lekceważę swoich fanów. Kiedy słyszę, jak tłum skanduje moje imię, nie wypełnia mnie uczucie samouwielbienia. Wiem, że jest to tylko hasło skandowane przez ludzi, którzy w ten sposób nawiązują ze sobą kontakt, nawołują się nawzajem i przy okazji informują mnie, że to, co robię, jest przez nich akceptowane.

Wróćmy do pana scenicznego emploi. Interesuje pana wyłącznie status pomnikowy. Pozycja analogiczna do Ewy Demarczyk. Słucha pan wyłącznie opinii salonów na temat swojej sztuki?

Bardzo trudno jest nakłonić salony do wyrażenia szczerej opinii. Muszę przyznać, że jestem w bardzo wygodnej sytuacji, bo właściwie mogę śledzić na bieżąco to, w jaki sposób publiczność odbiera moje propozycje. Odbyłem tournee po największych halach widowiskowych w kraju. Wielotysięczna publiczność nigdy nie kłamie, nie idzie na kompromisy. Jeżeli odrzuca wykonawcę, robi to z siłą kolosa i po takim ciosie trudno się podnieść. Myślę, że jeszcze bardziej nieobliczalna w skutkach mogła być moja decyzja dotycząca występu w Sopocie. Podejmuję takie ryzyka. Wszystko albo nic. Ale niebezpieczeństwo nie zostało zażegnane. Mam wiele doświadczeń jeszcze z okresu szalonej popularności ,,Republiki”. Wtedy było podobnie. Zdaję sobie sprawę, że jeżeli coś się udaje, i to udaje na wielką skalę - już po chwili taki sukces jest wystawiony na szybką erozję.

Jeszcze teraz czuję smak zajadłych ataków na “Republikę”, a już zaczynam słyszeć, jak w wielu gardłach dojrzewa wściekły bulgot. Obecnie jestem w o tyle lepszej sytuacji, że tamte ataki były dla mnie jak szczepionka przeciwko wściekliźnie. Czuję się więc o wiele bezpieczniej.

Znakomita jest wizualna strona pana koncertów, interesujące aranżacje, ciekawy gitarzysta, ciekawe nastrojowe chórki Małgorzaty Potockiej. Najmniej oryginalna wydaje się linia melodyczna utworów. Słusznie wrócił pan do śpiewania udanej piosenki “Telefony”...

Ja również bardzo lubię “Telefony”. To tak prosta piosenka, że trafia nawet do tych słuchaczy, którzy są nieco mniej wyrobieni w swoich gustach...

Mówił pan wcześniej o jazzmanach towarzyszących panu na ostatniej płycie. Przy pomocy doborowej orkiestry zabrał pan scyzoryki wszystkim krytykom. To sukces taktyczny i organizatorski. Czy nie zagraża panu w przyszłości posada dyrektora w zupełnie innej branży, a może nawet w zupełnie innym świecie?

Gdybym został dyrektorem jakiejkolwiek firmy, musiałaby ulec likwidacji już po kilku tygodniach. Jeżeli czasami zdarza mi się być dobrym taktykiem, to na pewno nie mam umiejętności organizatorskich. Inna branża? Nie, to nie dla mnie. Natychmiast zostałbym wykiwany. Wydaje mi się. że pyta pan też o to, czy zamierzam wyjechać? Nie zamierzam wyjechać. Zamierzam wyjeżdżać. To normalna kolej rzeczy. Mam przed sobą mnóstwo roboty, lata zdobywania kolejnych doświadczeń. Być może wiele rzeczy będę musiał zacząć od początku. Być może, teraz dopiero będę się musiał mierzyć z prawdziwymi pokusami i zacząć walkę o zachowanie swojej niezależności. Mam nadzieje, że to wszystko zacznie się dziać. To loteria, w której chcę wziąć udział i właśnie wypełniam wszystkie potrzebne kupony.

Szczerze życzę szczęścia w losowaniu.