Z Grzegorzem Ciechowskim rozmawia Marcin Kydryński (SCENA)

  Jak określasz w tej chwili swoją pozycję. Gdzie jesteś? Czy czujesz się związany np. z Krajową Sceną Młodzieżową?

Trudno jest mówić o Krajowej Scenie Młodzieżowej. Są zwykle dwa wyjścia. Albo twierdzisz, że to jest ersatz wynikający z faktu, iż na rynku chwilowo nie ma konkurencji, albo to kupujesz, sądząc, że taki jest właśnie stan polskiego rocka i w ogóle nie ma o czym dyskutować. Wolę to drugie wyjście. Nie czuję się uczestnikiem tego nurtu. Nigdy nie odnajdywałem się w żadnej fali. Wciąż jestem związany z boomem początku lat osiemdziesiątych. Ale to już historia. W tej chwili emocje są mniejsze.

Komu, Twoim zdaniem, jesteś teraz potrzebny?

Nigdy nie myślałem, dla kogo piszę i komponuję. Zastanawiałem się tylko, czy spełnia to moje wymagania. Jeżeli spełniało, materiał przechodził przez autocenzurę i prezentowałem go publicznie. Selekcja publiczności dokonywała się naturalnie. Tylko w ten sposób mogłem utrzymać z nią kontakt.

Powiedz coś o swojej publiczności. Jaka ona jest?

Kiedy oglądam na video swoje koncerty - z estrady trudno to ocenić - rozpoznaję nawet niektóre twarze, mimo iż tłum jest wielotysięczny. Jestem pewien, że mnóstwo ludzi, którzy kiedyś słuchali Republiki, obserwuje także teraz to, co robię i do nich łatwiej jest mi dotrzeć niż do tych, którzy w początku lat osiemdziesiątych mieli lat dziesięć i słuchali... czego się wtedy słuchało? Nie pamiętam, ale pewnie odpowiednika dzisiejszej Sabriny czy kogoś podobnego. To, co robiłem z Republiką, mogło być kupowane przez publiczność od 16 do... 30 lat. Teraz, rzecz dziwna, ten przedział się powiększył, mimo iż moje propozycje na pewno nie są prostsze. Może wynika to z tego, że dłużej gram lub sama muzyka dojrzała i łatwiej zaakceptować ją ludziom o bardziej wysublimowanych wymaganiach.

Czy wydaje Ci się, że to, co grasz w tej chwili, jest równie kontrowersyjne, jak muzyka Republiki?

Republika była ściśle określona stylistycznie. Polaryzowała publiczność. Teraz nie ma chyba tak wielkich sporów o to, co robię. Normalne. Po kilku latach przestaje się szukać rozwiązań krańcowych, bulwersujących i każdy artysta stara się spostrzec siebie w głównym nurcie. W nim odnaleźć swoje miejsce.

Co dały Ci dwa lata spędzone poza estradą, przed koncertem w Sopocie, w sierpniu ubiegłego roku?

Pierwsze dwa lata tras z Republiką były znakomite. Potem było już coraz gorzej. Graliśmy niejako z przyzwyczajenia. Nie było żadnych emocji. Dwa lata przerwy były dla mnie czasem na zastanowienie się, jak zmienić formułę, jak wbrew sytuacji na rynku doprowadzić do takiego wrzenia i napięcia podczas koncertów, jakie czułem tylko w początkach pracy z Republiką. Wiedziałem, że nie sposób powtórzyć tamtych metod. Potrzebowałem tej przerwy. Praca muzyka to oczywiście koncert, płyta, ale także działanie związane z video, z filmem, pełna promocja. Jej przygotowanie wymaga czasu. Udało nam się chyba osiągnąć synchronizację.

W tej chwili, kiedy o tym myślę, sytuacja polskiego rynku rockowego przypomina mi prawie zupełnie pustą tubkę pasty. Trzeba ją bardzo długo i pracowicie cisnąć, a i tak wystarczy na jedno umycie zębów. Tylko jedno. Gdybym teraz chciał powtórzyć podobnie wielką serię koncertów, musiałbym zaczynać wszystko od początku. Nie ma czegoś takiego, że Ciechowski wychodzi na estradę i od razu przychodzą tłumy. Nie wierzę w to. Wtedy mieliśmy dobry timing, jak to się określa. Było mnóstwo rozmów w TV i radiu, zdążyliśmy z wydaniem TAK, TAK jednocześnie z rozpoczęciem trasy. Poza tym poszła fama, że przygotowane koncerty będą inne niż wszystko, co oglądaliśmy w Polsce do tej pory. ZPR-y wychodziły ze skóry, by to się udało. To da się powtórzyć, ale ponownie wymaga sprawnej organizacji. Myślę, że uda nam się to zrobić przy okazji wydania nowej płyty, którą mam zamiar nagrać późną jesienią.

Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, wspominałeś już o tym, że (...) wszyscy są w pełnej gotowości, a ty nie napisałeś jeszcze ani jednej nuty i nawet nie masz pomysłu na tę płytę. Jak się mobilizujesz? Czy potrafisz wstawać wcześnie, o ósmej rano siadać za klawiaturą, komponować do obiadu, potem krótka sjesta i między szesnastą a dwudziestą piszesz teksty? Gdzie miejsce na natchnienie?

To wygląda mniej więcej tak, jak mówisz, ale oczywiście nie od ósmej rano. Nie wierzę, że potrzeba mi dwóch lat, by skomponować płytę akurat taką, na wydaniu której mi zależy. Tylko dyscyplina powoduje, że mogę wejść we właściwy rytm pracy. Podobnie było z poprzednimi płytami. W przypadku TAK, TAK wiedziałem, że w grudniu wchodzę do studia. Chociaż ostatecznie nastąpiło to gdzieś około marca, to już od września musiałem naprawdę pracować. Każdego dnia poświęcałem wiele godzin na komponowanie. Tylko z tego mogą się rodzić pomysły. Trzeba zebrać ich garść i powoli wyciosywać kolejne utwory. Nie wierzę w natchnienie. Ono czasem mnie odwiedza, ale po tygodniach pracy. Zawsze najpierw rezerwuję terminy i studia, potem zaczynam grać. To samo jest z tekstami. Zdarza się, że piszę je dosłownie na dzień przed nagraniem.

Przypominasz sobie taką sytuację?

"Śmierć w Bikini" napisałem na dwie godziny przed wejściem do studia. Podobnie "Sam na Linie". W związku z tym byty kłopoty z cenzurą. Chciano zatrzymać te teksty. Jak się okazało, niepotrzebnie.

W jakim stopniu to, co czytasz, staje się tym, o czym piszesz?

Muszę Ci się przyznać, że kiedyś dużo częściej inspirowała mnie literatura. Ostatnio łatwiej udaje się to krótkim artykułom, notkom w gazetach. Tylko to, co dzieje się wokół mnie lub dzisiaj na świecie, jest w stanie wywołać we mnie zamieszanie wewnętrzne, które czasem owocuje tekstem. Kilka lat temu istotnie czerpałem pomysły z literatury pięknej. Ale bez plagiatów. Chociaż, jak twierdzi Joyce: w XX wieku nie ma pisarzy oryginalnych. Są tylko, jeśli piszą dobrze, genialni plagiatorzy. Sam się do nich zaliczał.

Czy masz metodę pisania tekstów? Zdradź mi swój warsztat.

Ustalam najpierw ogólną strukturę utworu. Myśląc o tekście wiem, mniej więcej, w jakim musi być charakterze, jakie napięcie emocjonalne jest mi w nim potrzebne. Nie wiem jednak dokładnie, o czym ma być. Zwykle doprowadzam utwór do skończonej drobiazgowej aranżacji. Wtedy dużo łatwiej połączyć muzykę i słowo. Nigdy nie naginam tekstu do muzyki. On sam musi się do niej dopasować. Tak było w "Nie Pytaj Mnie O Polskę". Wiedziałem, że w refrenie ma brzmieć: "Nie pytaj mnie", ale nie wiedziałem kto, o co i dlaczego właściwie ma mnie nie pytać.

Traktujesz zatem słowo jak rytm, dbasz o jego barwę nieomal jak o samą muzykę.

Tak. Tylko w ten sposób można liczyć na to, że tekst nie będzie jej przeszkadzał. Szczególnie ważne jest to w języku polskim. Potwornie trudna sprawa.

Nie pytam Cię o Polskę, ale oczywiste jest, że miejsce, w którym żyjesz, w pewnym sensie określa Cię zawodowo. Jakie są Twoje szansę na Zachodzie. Wróciłeś ostatnio z sesji koncertów w Paryżu. Co zaobserwowałeś? 

Muzyk z Polski, który nie mieszka na stałe w Londynie czy Nowym Jorku nie ma szans, by tam naprawdę zafunkcjonować na rynku, by podpisać dobry kontrakt. Większość wyjazdów polskich artystów, w tym również moje wyjazdy, to przypadki. Na przykład: festiwal gdzieś na świecie ma ambicję, by pokazać przegląd tego, co dzieje się w muzyce rockowej w Europie wschodniej. Organizatorzy zapraszają wtedy wykonawców ich zdaniem - reprezentatywnych. To do niczego nie prowadzi. Natomiast sponsor, który może zainwestować kilkaset tysięcy i pogodzić się z faktem, że pierwszy album sprzeda się w liczbie kilkuset egzemplarzy - jest wymagający. Przede wszystkim chce, by polski artysta został na Zachodzie.

Czy miałeś takie propozycje?

Tak, ale wciąż nie czuję się gotowy. Prawda jest taka, że nikt tam na nas nie czeka. Nie ma na nas mody. Jest teraz zapotrzebowanie na artystów ze Związku Radzieckiego. Moda na Polskę była - ale i tak o wiele mniejsza - na początku lat osiemdziesiątych.

Sporo zależy od koniunktury politycznej.

Właśnie. Zabawna historia zdarzyła mi się w radiu francuskim, gdzie udzielałem niedawno kilku wywiadów. Dziennikarz spytał mnie, czy nie uważam, że nasz przyjazd związany jest modą na wschód. Na pewno tak - odpowiedziałem - ale przede wszystkim związany jest z waszymi decyzjami politycznymi. Wbrew temu, co myślimy o wolności na Zachodzie, bardzo trudno jest tam pracować artyście z kraju, który wydaje się być politycznie niepewny. Zwróciłem mu uwagę, że chociaż radio, w którym pracuje, jest niezależne należy do odważnych w doborze repertuaru, to dopiero teraz, po raz pierwszy zaprosili na wywiad Polaków. Na tym polega, moim zdaniem, różnica mentalności tych ludzi i naszej. Tam, dopóki nie zostanie wydana decyzja odgórna, oni nie będą chcieli mieć nic wspólnego z tym, co się dzieje w naszej kulturze. My, nawet wtedy, kiedy było to zabronione, byliśmy bardziej otwarci na Zachód.

Ale tam też dzieje się o wiele więcej. Porozmawiajmy chwilę o filmie. Rzadko Cię ostatnio widywałem, sąsiedzie. Nieustannie wyjeżdżałeś do Wrocławia na plan filmu Bogusława Lindy "Seszele, Seszele".

Gratem w nim ponurego egzekutora długów, który ginie haniebnie.

Trafnie dobrana obsada... Ale, przy okazji. Nieomal jednocześnie napisałeś muzykę do filmu Janusza Kijowskiego "Stan strachu".

Tak. Wszystko wskazuje na to, że będzie ona wydana na płycie. W tej chwili pracuję nad

adaptacją jej fragmentów do rozmiarów albumu. Dopiszę jeszcze dwa nowe utwory.

Jak widzisz rolę muzyki w filmie? Bardziej odpowiada Ci forma ilustracyjna, czy też szukasz po prostu chwytliwego tematu typu love story?

Muzyka powinna przede wszystkim pomagać protagonistom. Nie tylko w akcji, w takich sytuacjach, kiedy musi być synchroniczna, ale tak, jak praca kamery, powinna ułatwiać widzowi czytanie bohatera. Szczególnie, wydaje mi się, w filmie Janusza Kijowskiego było to bardzo istotne. Główny bohater, z pozoru agresywny i szorstki nawet dla najbliższych - niósł w sobie ogromną wrażliwość. W tej sytuacji muzyka powinna pomóc to dostrzec, a nie przeszkadzać, budując się na własnych motywach.

Film Janusza jest próbą spojrzenia na stan wojenny przez pokolenie ludzi, którzy wówczas mieli lat około trzydziestu, swój własny, historyczny moment przeżyli po raz pierwszy w sierpniu, w grudniu po raz drugi. Wydaje mi się, że w filmie nie ma kokieterii. Sam czuję się z nim bardzo związany emocjonalnie. Przewidujemy premierę na 13 grudnia. Wtedy też ma się ukazać płyta. To precedens. Nikt u nas nie myślał, że także muzyka może promować film w momencie jego wejścia na ekrany.

Pracujesz właściwie przez cały czas. Co oprócz pracy zawodowej daje Ci najwięcej radości?

Ludzie. Kontakt z nimi powinien polegać na wymianie pewnych ładunków, których mamy nadmiar. Jeżeli poznaję ludzi naładowanych takimi ładunkami, jakich ja potrzebuję, to dla mnie wielkie szczęście. Małgorzata (Potocka) produkuje teraz film ze szwajcarską grupą Yello. Kontakty z nimi dają nam sporo. Oni są w Polsce po raz pierwszy. Poznają Nowe Sytuacje i ciekawie jest być ich przewodnikiem.

Jesteś zatem typem towarzyskim?

Nie. W potocznym tego słowa znaczeniu: nie. Nie udzielam się co wieczór w nocnych klubach, nie lubię tłumu, nie bawię się bez umiaru. Nienawidzę bezsensownego zjadania czasu. Spotykać ludzi to nieustannie uczyć się. To dla mnie najważniejsze. Poza tym, wiadomo, szczęście dają mi rzeczy najprostsze, takie jak bezpieczny dom, rodzina, to, że obserwuję, jak nasze dziecko uczy się chodzić.

Czy tęsknisz za spokojem?

Tylko wtedy czuję się spokojny, kiedy wiem, że coś skończyłem, że przez najbliższe miesiące mogę trochę zwolnić, że nie muszę być wciąż spięty. To się rzadko zdarza. Jak wiadomo jedna praca zawsze goni drugą. Tak jest w tym roku. Znowu nigdzie nie jedziemy na wakacje.

We wyobrażam sobie Ciebie na wakacjach.

Nie znoszę maniery ludzi, którzy udają bardziej zajętych, niż są w rzeczywistości. Gdybym teraz wyjechał, wyłączył się na dwa tygodnie, świat by się nie zawalił.

A Ty leżałbyś w hamaku robiąc na drutach... Nie. To do Ciebie niepodobne.

Może masz rację. Rzeczywiście już drugiego dnia zwykle wydaje mi się, że moja ostatnia szansa właśnie ucieka, jest już na zakręcie i jeżeli nie wsiądę zaraz do samochodu i nie dogonię jej - to przepadłem raz na zawsze.

Teoretyzując: jeżeli przestałbyś koncertować i wycofałbyś się z estrady, czym byś się zajął?

Starałbym się pisać. Nie wiem, czy byłyby to scenariusze, czy inne formy, ale jestem tego coraz bliższy. Sporo pisuję już w tej chwili. Zawsze pojawia się takie pytanie: "Nie będziesz przecież ciągle na scenie..." Na pewno nie będę i być może nawet nie będę chciał. Z tego się chyba wyrasta. Czuję, że taki rytm roku, kiedy nagrywam płytę, gram koncerty, znów nagrywam - staje się dla mnie monotonny. Mam sporo propozycji. Właśnie, by współpracować przy pisaniu scenariuszy, by wrócić do filmu. Jest sporo możliwości. Nie chcę się ograniczać. To brzmi trochę jak odgrażanie się, ale myślę, że takie jest jedyne wyjście.

Na tym skończmy. Ogromnie Ci dziękuję za tę rozmowę.