SPEKTAKL "REPUBLIKA RZECZ PUBLICZNA"

Scena muzyczna - Idol szuka wyludniacza

Wraz z kurtyną podnosi się wrzask. Głuszy nawet brzęczenie jakby miliona wściekłych byków. Ich czterech. IdoIe. Posępni. Czarne skóry, grube eklery. Jeźdźcy rockowej Apokalipsy. Brzęczenie rośnie. To już nie milion byków, to startuje tysiąc pershingów.

Powoli, jakby z samej otchłani rocka, wynurzają się ich maszyny do grania: fortepian sprzężony z syntezatorem, dwie gitary i perkusja. No, i rzecz jasna, "kaloryfery", przepraszam wzmacniacze, choć tu nikt tak nie powie (kalo­yfery, bo "grzeją"). Podchodzą kolejno, każdy do swego, tyłem do nas i powoli zapadają się w czeluści Teatru Wielkiego w Łodzi.

Ale to nie koniec - to dopiero początek, uwertura do Republiki, widowiska baletowego z muzyką Grzegorza Ciechowskiego, do której libretto Ewa Wycichowska, autorka inscenizacji i choreografii, znalazła w Wyludniaczu Samuela Becketta.

"Oddajemy łódzkiej młodzieży spektakl w Teatrze WieIkim, po którym należy wracać na następne. Usiąść wygodnie w fotelu. Rozpoczynasz dziś drogę, która prowadzić Cię będzie do wspaniałych regionów uprawianej przez nas sztuki" - pisał dyr. Sławomir Pietras w programie do tego "bezprecedensowego", jak sam przyznaje, widowiska, w dniu premiery, 29 grudnia ubiegłego roku.

"Awantura rozpoczęła się już na pierwszej przerwie podczas premiery - pisał kilkanaście dni później, w swym stałym felietonie Bez kurtyny w łódzkim dzienniku - duża grupa wyfraczonych dżentelmenów i eleganckich pań w kreacjach, jakich nie powstydziłaby się opera wiedeńska, zaatakowała mnie w westybulu, wznosząc niesłychane okrzyki: Pan nas zawiódł! Pan sobie za wiele pozwala za nasze pieniądze!"

Dyr. Pietras naraził się najbardziej ekskluzywnej łódzkiej widowni - widowni premierowej. Być posiadaczem premierowego abonamentu w Łodzi, to nie bagatela. Zostać nim można praktycznie tylko wtedy, kiedy ktoś umrze. Teraz zanosi się, że będzie kilka vacatów...

Na zarzut, że kokietuje "małolatów" ich ulubioną patologiczną muzyką, odpowiada: "nigdy nie twierdziłem, że sztuka operowa została wymyślona dla wszystkich, i uspokaja: Mozartowi, Bizetowi i Verdiemu nie zagraża Ciechowski, lider Republiki, symbol <<wyalienowanej kontemplacji i nie do końca zbadanych dążeń>> pokolenia, które obojętnie czy wybiera ZSMP (wybór słuszny) czy narkotyki (absolutnie naganne) - uwielbia rocka. I nie ma co ubolewać, barykadować się w operze, bo przecież w końcu <<kiedyś opustoszeją po nas folele>> - eschatologicznie konstatuje dyr. Pietras.

Pomysł wyszedł od samej "Republiki". Akcept (i pieniądze) dała Łódzka Estrada. Ryzyko należało do Teatru Wielkiego. Zespołowi rockowemu chodziło o odmianę. Przejadły się już idolom rutynowe koncerty. Estrada poszła na to i namówiła - zawsze gotowego do eksperymentów - dyr. Pietrasa. No i proszę - zrobił się skandal w operze. Ale to dobrze, wyznaje dyrektor łódzkiego Teatru Wielkiego. Jest zdarzenie nie tyko artystyczne, ale i socjologiczne. Takie zresztą było ryzyko, że "podniesie się" mieszczaństwo.

Ewa Wychowska poszukiwała formuły widowiska, w którym by Republice nie przypadła tylko rola akompaniatora dla tancerzy. A już w ogóle nie mogło być mowy o schowaniu zespołu do kanału orkiestry, bo po pierwsze przedsięwzięcie nie miałoby wtedy sensu, a poza tym młodociana publiczność przez całe przedstawienie wisiałaby zapewne na barierce nad kanałem, nie patrząc nawet co się dzieje na scenie. Z drugiej strony nie chciała żeby utwory "leciały" z taśmy, bo nie różniłoby się to od pospolitego widowiska baletowego, a jednocześnie balet nie powinien stanowić wyłącznie tła dla zespołu, bo byłby to z kolei tylko bogatszy wizualnie koncert. Zespół i balet miały zostać powiązane. Republika miała nie tyIko grać, czyli "grzać", ale i grać na scenie.

Wycichowska zaczęła od starannego przesłuchania utworów Republiki. Wrażenia były dwa: muzyka rockowa do złudzenia przypomina monstrualne brzęczenie owada, a rytmiczne i w kółko powtarzane słowa sugerują pewien automatyzm, czy nawet jałowość działania. Motywy niektórych piosenek asocjowały się przy tym Ewie Wycichowskiej z pewnym wątkami opowiadania Wyludniacz. I tak doszło do skojarzenia Becketta z Republik.

Wyludniacz jest pełną spekulacji i przypuszczeń ("jeżeli to ujęcie jest do utrzymania" - powtarza co i rusz) relacją Obserwatora z dziwnego świata "siedziby błądzących ciał". Siedziba ta jest - jeśli wierzyć Obserwatorowi - kunsztownie i harmonijnie wyrzeźbiona w świetle i ciemności, pełna tajemniczych nisz i tuneli. "Dostatecznie obszerna, by szukanie było daremne. Dostatecznie ograniczona, by daremna była ucieczka". Błądzące ciała wciąż manipulują drabinami, którym brak wielu szczebli, te zaś znajdują się w rękach "garstki uprzywilejowanych". "Od niepamiętnych czasów krąży pogłoska albo, lepiej, utrzymuje się idea, że istnieje wyjście". Jedni utrzymują twierdzi Obserwator, że w końcu którejś z nisz, inni że w suficie. Mogliby z powodzeniem sięgnąć do sufitu, gdyby wspólnie przytrzymali drabinę. "Wystarczyłaby chwila braterstwa. Lecz poza wspólnictwem w gwałcie, uczucie to jest im obce jak motylom".

Ciała dzielą się na te, które są w bezustannym ruchu "poszukiwaniu", które rezygnują, ale po chwili próbują znowu i te, które tkwią w zupełnym bezruchu - pokonane. Odkąd znieruchomiała "pierwsza pokonana" zaczął się bardzo powolny proces zamierania ciał i stygnięcia ich światła.

Tak z grubsza można by "wyekstrakcjonować" opowiadanie Becketta. Jeżeli rzecz jasna takie ujęcie może być do utrzymania... 

Widowisko Ewy Wycichowskiej rozgrywa się w dwóch planach i trzech częściach.
Plan pierwszy tworzy to wyłaniający się, to znów zapadający zespół, z całą swoją grającą maszynerią.
Plan drugi - wyobrażona przez scenografa, Ewę Kwiatkowską, Siedziba. Dwie częąci widowiska: pierwsza - Stan początkowy, jeżeli to ujęcie jest do utrzymania (Ewa Wycichowska za Beckettem wciąż podkreśla względność całej sytuacji, także i samego widowiska) oraz część trzecia - Stan końcowy itd. - to sceny wzięte z Wyludniacza. Rozdzielają je Halucynacje, taki swoisty apendyks do Becketta. Jedno z możliwych wyjść wyludniaczy. Słowo to bowiem, według interpretatorów Becketta, oznacza wyjście z siebie. Szukać wyludniacza, to znaczy szukać takiego środka, aby radykalnie przestać być sobą. Tytuł zaś tej części widowiska, nazwa tego sugerowanego przez łódzkie przestawienie wyludniacza, a także jego wyobrażenie w kształcie psychodelicznego lunaparku - dość wyraźnie wskazują na jego (naganną) proweniencję...

Rola zespołowego Obserwatora przypadła, rzecz jasna, zespołowi Republiki. Ponieważ jednak nie może on być w dwóch miejscach jednocześnie, fizycznie się rozdwoić (Teatr Wielki to w końcu nie cyrk) - grać i błąkać się po Siedzibie, Wycichowska obdarzyła ich czymś w rodzaju dublerów (pozwala im to istnieć symultanicznie - to są te zaskakujące idee Ewy Wycichowskiej, o których wspomina w programie dyr. Pietras). Gdy w końcu uwertury Republika zapada się w otchłanie, by po chwili zresztą wypłynąć - na scenie zostaje duplikat Obserwatora Głównego i zarazem Idola Głównego - Grzegorza Ciechowskiego.

Obserwator - Duplkat omiata widownię ostrym światłem Iatarki. Obserwuje. Z mroku i głębi sceny wynurza się klatka w kształcie walca. To Siedziba "błądzących ciał" w szarych, wypranych roboczych uniformach. Leżą pokotem. Nie ruszają ich gwizdy i okrzyki "małolatów" ("Grzechu, dowal po uszach"). Dopiero pierwsze uderzenie w struny budzi je do ruchu. Nie dziwota - to jest takie uderzenie, że umarłego by podniosło. Zaczyna się "błądzenie ciał". Jedni krążą apatycznie, drudzy tkwią nieruchomo ("Ci na deptanie nie reagują"), inni usiłują wydostać się z klatki. Ale po krótkim czasie bunt się rytmizuje i rutynizuje. Obserwator wędruje między "błądzącymi ciałami". Nie tylko obserwuje, ale i podpowiada pewne zachowania, odruchy. Taki eksperyment: czerwone światło towarzyszy demonstracji śmiertelnego ciosu. Doświadczenia doc. Pawłowa mówią nam, że tak już będzie zawsze. Oczywiście u Becketta nie ma ani słowa o osiągnięciach Pawłowa, ale mówi o nim jedna z piosenek Republiki (Nim postawię krok, notuję znak / Nim pokocham muszę przejąć znak / Nim zabiję otrzymuję znak / Psy Pawłowa uczą się / Psy Pawłowa nauczyły się / Oto sygnał, oto odruch - placz / Oto sygnał, abym czekał - czekał - czekał na / Na nowy znak / Na nowy znak) itd., itd.

Zamiast znaku pojawia się drabina. Po krótkim zamieszaniu, kto ma wejść pierwszy, wszyscy zgodnym pochodem ruszają, niosąc drabinę rozłożoną do góry nogami, w kształcie litery V. Co prawda takiej litery nie ma w naszym abecadle, ale w końcu nie wszystkie metafory muszą być oczywiste. ("Korzystanie z drabin podlega regułom o mętnej przyczynie...") - a poza tym trudno jest ułożyć drabinę w literę S, albo na przykład G.

Pojawieniu się w tle nowego elementu scenografii, białego trójkąta (Opatrzność? Bóg? Idea?), towarzyszą słowa kolejnego utworu Republiki - "Nie strzela się do orkiestry, jeśli oni zginą - przyjdą lepsi". Ale w tym momencie kończy się część pierwsza widowiska. Widownia przenosi się do barierki kanału orkiestrowego i wisi tam przez całą przerwę. Tam zniknęła Republika.

Walec w postaci klatki (trudno na scenie wyrzeźbić walec ze światła), nadaje widowisku jeszcze jedno - nie mimowolne zapewne - znaczenie. A wyjście z niej wcale nie musi być łatwiejsze. Zmienia tylko nieco sens i wymiar tych poszukiwań. Niekoniecznie musi to być wtedy "wyzbywanie się siebie". Zwłaszcza, że drabiny nie mają, jak pamiętamy, wszystkich szczebli, a te brakujące znajdują się, "w rękach garstki uprzywilejowanych". Sama rola drabiny została już w pewien sposób wzbogacona.

Na początku części drugiej entuzjazm budzi widok Idoli zjeżdżających na huśtawkach gdzieś spod sufitu (niewykluczone, że spłynęli owym mitycznym włazem), między aeroplany i karkołomne ślizgawki zwane ruskimi górkami, z których sypią się jak gruchy punki płci obojga. Gorączka rośnie, co ilustruje ogromny pulsujący encefalograf. Pojawia się Biała Pani w obszernym płaszczu zadrukowanym jak gazela (wg programu - kolejny duplikat Obserwatora ­ Idola Głównego). Zagarnia podeń tańczących, a ci po chwili wysypują się martwi. Idol Główny zaczyna się najwyraźniej nudzić (pozostali Obserwatorzy - Idole nudzą się cały czas, snując się po scenie), bo zaczyna żuć gumę.

Natychmiast Obserwator dubeltowy omotuje tańczących gumą do żucia i wodzi na niej "błądzące ciała", poszukujące swego wyludniacza. To taki eufemizm, albowiem każdemu dziecku wiadomo, że guma jako żywo nie wywołuje żadnych halucynacji...

Natomiast jak halucynacja na bogato haftowanej kurtynie pojawia się Tango Zbigniewa Rybczyńskiego. Streszczać tego znakomitego filmu nie trzeba. Ale i przede wszystkim po prostu nie można. Nawet w kółko zakładając majtki jedna panienka, a ściągająca wraz z panem druga - nie budzą na widowni emocji. Tylko ten pan, co z uporem włazi na stój i wali się z krzykiem, nleodmiannie za każdym razem budzi wesołość. To się podoba. To rozumieją. Po co ten film? Wycichowska nie dowierza "małolatom czy zrozumieją to, co się dzieje na scenie. Szuka protezy. Film Rybczyńskiego mówi - proszę bardzo, ktoś jeszcze myśli podobnie na ten sam temat. Oto ruch - bez efektu, bez końca, bez wyjścia. Bez wyludniacza.

Wracamy do klatki. Część trzecia, czyli Stan końcowy, jeśli to ujęcie jest do utrzymania - zaczyna się kosmicznym odliczaniem (to - jeśli dobrze się orientuję - najnowszy szlagier Republiki). Klatka wiruje, "ciała" się nadal miotają. Zespół Obserwatorów śpiewa: "zahipnotyzuj mnie teeeeż..." Obserwator dubeltowy zaprasza Gazetową Panią (która już uwolniła się od płaszcza) do klatki i razem odpływają w kosmiczny mrok i gwizd. Idole znów tyłem, spuszczone głowy. Podnoszą je, słysząc delikatne dźwięki adagia Albinoniego. Idol Główny nie wytrzymuje, zafascynowany najwidoczniej rusza w kierunku duetu klasycznego w scenie miłosnej. Zapadająca kurtyna oddziela go od towarzyszy. Po chwili jednak wraca do nich. To też widać nie jest wyjście (Beckett: "czegokolwiek szukają to nie test tym"). Wielki finał. Zespół z baletem. Kolejny przebój Republiki Kurtyna podnosi się i opada - przy otwartej kurtynie. Natomiast podnosi się i opada rampa i dyskotekowymi światłami. Reflektory omiatają widownię: wszędzie jest scena. Wszyscy jesteśmy idolami!

Tak to wygląda z piętnastego powiedzmy rzędu. Jeżeli rzecz jasna takie ujęcie w ogóle jest do utrzymania... "Nie powiedziano wszystkiego i więcej się nie powie" - jakby to brzmiało w relacji Obserwatora.

Należałoby jednak zastanowić się, co to za świat opisuje nam Beckettowski Obserwator. I kimże on sam? Świat walca z Wyludniacza może być alegorią naszego. Obserwator zaś - uosobieniem rozumu ludzkiego, zdolności do autoanalizy, świadomości. Jego raport - mitem, sumą ludzkiego doświadczenia. Nie zamierzam analizować tu Becketta. Zrobili to już wcześniej i na pewno dużo lepiej Antoni Libera (Kosmologia Becketta w: Samuel Beckett. Pisma prozą). Według niego istotą ciał zamieszkujących walec jest to, że poszukują wyjścia, ale z czasem przestają to robić. Oznacza to, że wypełnia je tęsknota za innym światem i że tęsknota ta nie jest wieczna. Z czasem nie odczuwają już potrzeby zmiany. Na czym jednak polega ta adaptacja? Na zamknięciu oczu. Prowadzi to po prostu do zniknięcia otoczenia. Tak więc walec nie jest przestrzenią, w którą ciała zostały wtłoczone, ale którą ciała się same otoczyły. A zatem nie jest warunkiem istnienia ciał, ale ich funkcją. Skoro zaą taki sposób bycia odczuwają jako ograniczający, zniewalający (stąd potrzeba ucieczki), to znaczy, że samo Bycie jest źródłem błędu. Co będzie dalej, tego Beckett już nie mówi. Stworzony przez niego mit w odróżnieniu od wielu innych, nie narzuca swojej wizji. Przeciwnie, sam podkreśla swoj? względność "jeżeli to ujęcie jest do utrzymania".

Obarczenie Republiki rolą zespołowego Obserwatora oznacza, że beckettowskie uosobienie ludzkiego rozumu jest tu uosobieniem rozumu pokolenia rockowego, świadomości "małolatów" i ich wyobraźni o sposobach i możliwościach znalezienia wyludniacza (patrz Halucynacje).

Wyludniaczem osobistym Ewy Wycichowsklej (jeżeli oczywiście takie ujęcie jest do utrzymania) wydaje się być klasyka. To ten Albinoni. I trudno się w końcu dziwić - solistka Teatru Wielkiego. U Backetta jest brutalnie: "obnaża dawno zżartą twarz, a w końcu z pomocą kciuków, otwiera bez trudu uczy. Po tych spokojnych pustyniach błąka się wreszcie, a puszczona głowa opada..." U Wycichowskiej jest czułość. To jest wyludniacz oparty na miłości. Nowa Siedziba zbudowana na zupełnie innej zasadzie (jeżeli to ujęcie - itd). Osobiste Wycichowskiej rozwinięcie BeckettIa. Zaproszenie do zupełnie innej Siedziby, na zupełnie inny spektakl. Już wiadomo, że to się nie powiodło. Republika długo nie chciała się zgodzić, żeby obok ich własnej była jakakolwiek inna muzyka. Uspokoiły ich dopiero zapewnienia, że autor adagia już dawno nie żyje... A mimo to nadal nie zgadzali się na przeróbkę adagia w stylu rockowym, co mogłoby być jakąś kontynuacją. Zakładając, że muzykowanie też może być jakimś wyjściem, wyludniaczem.

Widowisko Republika to rzecz bardzo skomplikowana. I nie może być inna, kiedy za Iibretto bierze się Becketta. Czy wszystko to dociera do "małolatów"? Co prawda Ewa Wycichowska zarzeka się, że jej chodzi tylko o budzenie emocji, że rozumienie nie jest konieczne - "nie zrozumieją to przynajmniej przeżyją" - ale skoro tak, to czy ambicją tego niezwykłego widowiska nie powinno pozostać zwykłe podłożenie ruchu pod muzykęą Po co to "zagęszczanie" Becketta? Piętrzenie sensów, znaczeń? Mnożenie aluzji? Po co podparcie betelu sztuką bardziej pojemną, jaką jest film?

Taniec, nawet na scenie teatru Wielkiego w Łodzi, nie jest najlepszym językiem - medium, jakby powiedziała Wycichowska, do rozmowy o Becketcie, choć jak twierdzą znawcy baletu nowoczesnego - od paru dziesiątków lat usiłuje to robić, i podobno z powodzeniem. Owszem. mocna wyrazić uczucia gestem, ruchem, tańcem, ale konstruować z tego traktat? To już nie balet - to seminarium ze strukturalizmu... (chyba że takie ujęcie jest do utrzymania...)

Balet z natury jest środkiem wyrazu bardziej subtelnym od rocka (zwłaszcza na kilka "kaloryferów"). A jeszcze umieszczenie agresywnej grupy na pierwszym planie, kiedy już ona sama jest całym spektaklem powoduje, że wszystkie zmysły zatrzymują się na tej barierze. Jest taki hałas, że nic nie widać. Myślę, że spora część "małolatów" nawet nie usiłuje zerkać, co się dzieje "za", bo to co ich interesuje, naprawdę jest właśnie przed. Dyrektor Sławomir Pietras mówi, że to dobrze, bo będą przychodzili jeszcze raz i jeszcze raz, aż nabiorą nawyków przychodzenia do opery, kiedy już się gusta odmienią, a o to w końcu chodzi.