JAROCIN '85


"Zabrania sie zabraniac"

"(...) Koncert REPUBLIKI przypominał najlepszy amerykański thriller. Zaczęło sie od gwizdów, obelżywych okrzyków i transparentów. Wyjście zespołu na scenę powitał grad pomidorów i torebek z mlekiem. Po kilkunastominutowej przepychance, Republika zaczęła grać... Tylko wielkie zespoły mogą wyjść z takiej sytuacji obronną reką, a najwieksze przeksztalcić w swój triumf. Republika wybroniła się swoją muzyką i to nie starymi hitami, lecz wlaśnie nowymi numerami. W odróżnieniu od naszych dinozaurów, zajętych podbijaniem rynków zachodnich, ktorzy przy tym doprowadzają swoją muzykę do granic groteski, Republika ewoluuje. Pytaniem jest tylko, czy Ciechowski pójdzie w tych przeobrażeniach do konca i nie będzie starał się nadać nowym utworom pewnej dozy komercyjności. Jeżeli się nie zawaha to możemy spodziewać się jednej z najlepszych płyt w historii naszego rocka. Jeśli ktoś oczekuje zakwalifikowania Republiki w jakiś przedział, to jedynym rozsądnym wydaje się PONADCZASOWOŚĆ."

Grzegorz Brzozowicz, Przemysław Mroczek
"Non Stop" nr 10/1985
Dzięki uprzejmości:
Historia festiwali rockowych w Jarocinie

Grzegorz Ciechowski (REPUBLIKA) - Jarocin '85 - fot K. Wojcik,
Okładka magazynu "Non Stop" nr 10/1985


- Koncert Republiki w Jarocinie w 1985 roku? Do dzisiaj włosy mi się jeżą, kiedy sobie pomyślę, co się mogło wtedy stać. Z dzisiejszej perspektywy trochę rozumiem ten gniew. Bycie fanem Republiki w roku 1984 czy 1985 nie było proste - to był stan nieustannej walki z innymi formacjami. Kiedy ówcześnie zapuszczałem grzywkę, nie przypuszczałem nawet, ze naśladujący mnie fani kojarzeni będą z tzw. popersami. Na nasz zapowiadany w 1984 r. koncert do Jarocina przyjechało mnóstwo fanów Republiki z grzywkami. Mieli z ich powody mnóstwo przykrości, a w dodatku - koncert nie z naszej winy został odwołany. Rok później, gdy w końcu weszliśmy na estradę, byli wiec wyjątkowo wściekli. Nienawidziła nas tez reszta rockowej publiczności, bo radio prezentowało upupiony obraz Republiki, nadając tylko nasze najgrzeczniejsze piosenki. O tym, co naprawdę graliśmy, mogli zaś wiedzieć tylko ci, którzy chodzili na nasze koncerty. Pierwsza rzecz, jaka usłyszeliśmy wtedy po wyjściu na scenę, to gigantyczny gwizd. I potem poleciał na nas deszcz maślanek i pomidorów. Kiedy się trochę uspokoiło, zapytałem przez mikrofon: "Czy znajdzie się wśród was jakaś szmata do wytarcia instrumentów?" i po chwili rzeczywiście ktoś we mnie rzucił szmata. Zagraliśmy koncert z wściekłości za te niezasłużoną krzywdę. Chcieliśmy pokazać, ze nie jesteśmy chłopaczkami, których można przepłoszyć jednym tupnięciem. I wygraliśmy. Pamiętam, ze koncert zakończyliśmy "Moja krwią", której wysłuchano w absolutnej ciszy. Potem były oklaski, śpiewy "Sto lat" i prośby o bis, ale ja uznałem, ze ta publiczność nie zasługuje na bis.

GZREGORZ CIECHOWSKI

Zobacz także: