Alex Stach

Gwiazdy, Komety & Czad

VI - ZNOWU RAZEM

Zanim pomówimy, Drogi Czytelniku, o Republice-znowu razem, wróćmy na chwilę do Opery.

Opera była istotnym rozdziałem w życiu artystycznym Republikanów osieroconych przez Grzegorza. Kiedy ten przeistoczył się w Obywatela G.C., reszta chłopaków stanęła przed problemem, co robić dalej. Krótko po wspomnianym już - bardzo zresztą udanym - występie w Riwierze z J.J. Burnellem ze Stranglersów, ich drogi rozeszły się. Paweł wyjechał na kilka miesięcy do Anglii, gdzie pracował jako stolarz na budowach. Zbyszek imał się różnych dorywczych zajęć, a jedynie Sławek realizował się muzycznie, zaproszony do udziału w zespole Kobranocka, z którym grał przez rok. W tym czasie grupa nagrała i wydała płytę, a nazwisko Sławka Ciesielskiego przyciągało na jej koncerty grono byłych fanów Republiki. Jednak finansowo ta działalność nie przynosiła wielkich profitów i Sławek, by utrzymać rodzinę, zaczął sprzedawać swoje obrazy, często inspirowane prehistorycznym malarstwem naskalnym, w czym osiągnął całkiem znaczne sukcesy.

Po powrocie Pawła z Londynu Republikanie skrzyknęli się, aby znów grać razem i w ten sposób powstał zespół Opera, który niestety nigdy nie zyskał wielkiej popularności. Przyczyną tego, jak się dziś wydaje, były prawdopodobnie skomplikowane wzajemne stosunki między poszczególnymi muzykami. Paweł Kuczyński, który początkowo wziął na siebie rolę lidera, miał chyba za mało charyzmy, zaś Robert Gawliński, który niebawem dołączył jako wokalista, miał wówczas za małe doświadczenie, żeby przejąć przywództwo nad ludźmi jeszcze wczoraj będącymi u szczytu sławy.

W rezultacie Opera, nękana dodatkowo kłopotami organizacyjnymi, dużo koncertowała, przyjmowana zawsze bardzo przychylnie, ale nigdy nie rzuciła publiczności na kolana. Jedyny longplay zatytułowany "Opera" ukazał się nakładem firmy Eska w roku 1993, kiedy grupa dawno już nie istniała.

Nic przeto dziwnego, że - jako się rzekło - propozycja wspólnego koncertu dawnej Republiki została przyjęta przez wszystkich z aprobatą.

Próby w Riwierze przebiegały sprawnie i w znakomitej atmosferze, na luzie, bez powracania do dawnych zadrażnień, bez rozdrapywania ran. Czterech przyjaciół przypomniało sobie dawny repertuar i czerpało radość ze wspólnego grania.

A potem odbył się opolski koncert, przyjęty tak gorąco, jak nikt tego nie oczekiwał. Przyjechało chyba z 1000 fanów z flagami, cały amfiteatr wystąpił na czarno, a Republika znów zagrała swoje sztandarowe numery: "Telefony", "Sexy Doll", "Białą flagę", "Kombinat", "Syberię", a na koniec "Moją krew": Zapanował prawdziwy entuzjazm; zdaje się, że dla wszystkich, i na scenie, i na widowni, ten występ stał się równie wielkim przeżyciem.

Bezpośrednio po nim do Jurka Tolaka zgłosił się właściciel dużego klubu w Chicago, powiedział, że organizuje w tym mieście festiwal polonijny i zaproponował zaproszenie Republiki. Koncert miałby odbyć się 13 lipca, a więc na przygotowania do wyjazdu pozostawało niespełna dwa tygodnie. Ale takiej okazji nie można było przepuścić. Nawet Paweł, o którego zgodę początkowo się obawiano, podjął decyzję od ręki. Amerykański polonus Leszek Świerszcz wywiązał się z umowy wzorowo i ten pierwszy wypad Republiki za ocean pozostawił wszystkim jak najlepsze wspomnienia. Republika należy do tych - bardzo nielicznych niestety - polskich zjawisk artystycznych, które w Ameryce odniosły autentyczny, a nie marginalny, żeby nie powiedzieć prowincjonalny sukces. Był to pierwszy, ale nie ostatni wojaż zespołu do Nowego Świata. Oto, co pisały 6.XII.1991 roku toruńskie Nowości w notatce zatytułowanej "Zawroty głowy w Ameryce": "Republika bawiła przez miesiąc w imperium Busha. /.../ Koszty podróży i pobytu w Irbington (pół godziny drogi autobusem od Manhattanu) pokrył nasz rodak Leszek Świerszcz. Kiedy Republika zagrała swój pierwszy koncert w Cricket Club (właścicielem jest Świerszcz) Amerykanom opadły szczęki, a młodą emigrację opanowała taka nostalgia, że nazajutrz nie było wolnych miejsce w samolocie do Polski. Republika wyróżniła się w Ameryce tym, że zagrała po polsku i nie zmieniła swojego stylu pod gust Amerykanów. Nasi nie grali też do kotleta, ale dla ponad tysięcznej widowni na każdym koncercie. Właściciel klubu, który zaprosił ich do USA zrobi to z pewnością jeszcze raz, tyle że w przyszłym roku.

Toruńscy republikanie w chwilach wolnych zwiedzali Nowy Jork i pili drinki we wszystkich pubach tego dziwnego miasta z wysokimi domami. Słuchali nowoczesnej amerykańskiej muzyki, której potrafią słuchać tylko Amerykanie. Słowem, zobaczyli wszystko to, czego my śmiertelnicy - do końca życia nie zobaczymy /.../" (mro)

Trudno o cieplejsze sprawozdanie, ale pamiętajmy, że to, iż Republikanie mogli wystąpić w Nowym Jorku uwarunkowało było rok wcześniej Opole, a po nim Chicago. Bo to właśnie w Chicago dojrzał i nabrał realnego kształtu pomysł, by reaktywować zespół i pójść razem dalej, niż to było możliwe za sprawą tego pojedynczego epizodu.

Inicjatorem był Grzegorz: po jednym z udanych koncertów w klubie Świerszcza, zaproponował kolegom wspólną działalność na dłuższą metę. Paweł, który od początku konsekwentnie traktował opolską i amerykańską przygodę wyłącznie okazjonalnie, zdecydowanie odmówił. Reszta równie zdecydowanie - powiedziała "tak". Oznaczało to rozstanie z basistą i wracając do kraju chłopcy wiedzieli, że nie będą grali w oryginalnym składzie. Jednak o "Republice" zaczęto znowu przemyśliwać, zainteresowanie słuchaczy było wielkie, Jurek Tolak zaczął dostawać coraz liczniejsze propozycje koncertowe i w tej sytuacji decyzja mogła być tylko jedna: z Pawłem, czy bez Pawła, zespół powróci na scenę mimo wszystko.

Zrodził się pomysł nagrania płyty, na której znalazłyby się utwory grane przez "starą'' Republikę tylko na koncertach, a nigdy nie zarejestrowane. Paweł był skłonny uczestniczyć w nagraniu, ale odmówił udziału w późniejszej promocji longplaya. Zrezygnowano więc z jego współpracy definitywnie. W rezultacie na płycie "Republika 1991" nie występuje żaden basista, ponieważ cały materiał zrealizowano siłą głosu, instrumentów klawiszowych, samplera, sekwensera i gitary* . Naturalnie, na potrzeby koncertowe i w dalszej pracy, nie do pomyślenia było utrzymanie zespołu bez basisty. Tak się wszakże złożyło, że Grzegorz w tym samym czasie równolegle kończył pracę nad swoją płytą "Obywatel świata", w której przygotowaniu uczestniczył Leszek Biolik.

Na początku 1991 roku powstała zatem taka sytuacja, że obydwie produkcje zazębiły się: finalizowano LP "Republika 1991", na końcówkę LP "Obywatel świata" republikanie nagrali piosenkę "Tobie wybaczam", zaś Leszek - niejako automatycznie wciągnięty na wakujące miejsce w Republice intensywnie pracował w Toruniu ze Sławkiem Ciesielskim nad nowym brzmieniem nowej sekcji.

Wreszcie, jesienią 1991 roku, odrodzony jak Feniks z popiołów zespół ruszył na trasę promocyjną obu płyt: "Obywatel świata" i "Republika 1991". Oto garść wrażeń, jakimi przy okazji jednego z koncertów, podzielili się z czytelnikami Jacek Kiełpiński i Mirosław Rogalski w artykule: "Republika za kotarą" (Nowości, 27-29 wrzesień 1991 r.):

"Przed sceną zainstalowano dwie ściany głośników o wymiarach 2 x 4 metry i mocy prawie 20 tys. watów. Na stalowych rusztowaniach wisi kilkadziesiąt reflektorów.

Jak brzmi Republika 1991? Ano dość przewrotnie - z jednej strony bardziej różnorodnie, bogaciej stylistycznie niż ongiś, ale zarazem swojsko, tak, że starzy fani nie powinni przeżywać rozterek. Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy, że nie ma wśród republikan Pawła Kuczyńskiego. W nagraniu nowej płyty wziął natomiast udział i jest członkiem grupy Jacek Rodziewicz. Vive la Republique!" - Winiciusz Lubański: ..Republika A.D.91" (w: ) Nowości 24.IX.1991.

Scenografię jedynie stanowi bogaty sprzęt nagłaśniający, oświetleniowy i instrumenty muzyków. Tak wygląda scena na kilka godzin przed rozpoczęciem największego i najważniejszego koncertu rockowego ostatnich lat w Toruniu.

Przygotowanie takiego koncertu jest poważnym przedsięwzięciem finansowym. Wymogi stawiane przez wykonawców są bardzo rygorystyczne. Organizator koncertu Republiki musi zapłacić za wynajęcie sali, zapewnić prawidłowe ustawienie sceny, przygotować przynajmniej cztery garderoby dla artystów. Poza tym zamawiający koncert musi zapłacić za hotel (26 osób) oraz pokryć koszty dojazdu zespołu i obsługi /.../ .

Jarosław Radomski, organizator koncertu w Toruniu, nie chce komentować naszych obliczeń, ale z jego miny wynika, że na kilka godzin przed rozpoczęciem imprezy jest pewien sukcesu i tego, że nikt na tym nie straci.

Republika przyjechała do Torunia po koncertach w Krakowie, Częstochowie i Zabrzu. Małgorzata Potocka, szefowa firmy "Potocka Production", która jest głównym organizatorem i koordynatorem trasy, skomentowała małe zainteresowanie Republiką w niektórych miastach, niekreatywną atmosferą panującą w kraju". /.../

W czasie naszej rozmowy z Panią Małgosią dotarli na scenę pozostali członkowie zespołu - Zbigniew Krzywański, Sławek Ciesielski i Jacek Rodziewicz, którzy rozpoczęli próbę. Tymczasem mistrz za kotarą ciuchutko grał na fujarce, nie chcieliśmy mu przeszkadzać. W momencie, gdy Ciesielski huknął w bębny, wyszliśmy na słońce. Byłą godzina 15."

Jak możemy zorientować się z tej malowniczej opowieści, trasa promocyjna zaplanowana była z rozmachem, jak za najlepszych czasów, a koncerty zorganizowane imponująco. Zauważmy też, że w składzie zespołu pojawił się Jacek Rodziewicz, który grał na klawiszach, a także na saksofonie. Zarówno jednak on, jak i Jose Torres, który też przez jakiś czas towarzyszył grupie na instrumentach perkusyjnych, występowali z Republiką aż do roku 1993, kiedy to po koncercie dla Radia i TV w Łodzi "Rock bez prądu" (wzięła w nim udział także Kayah) zespół powrócił do swego podstawowego składu, w którym ostał się do dziś.

Rok 1992 wypełniły przede wszystkim koncerty w całym kraju, a także - w połowie dużej trasy czerwcowej - seria występów w Niemczech. Latem Grzegorz zajmował się produkcją płyty Atrakcyjnego Kazimierza, którego managerem był Jurek Tolak. Po wydaniu płyty, jesienią, Republika brała udział w jej promocji, co trwało do czerwca 1993 roku. W międzyczasie, we wrześniu 1992, odbyła dziesięciodniowy wypad do Hiszpanii, na który złożyły się dwa koncerty i osiem dni wypoczynku w luksusowym hotelu na przedmieściu Zamorry.

Wreszcie, pod koniec czerwca 1993, zaczęła się praca nad nową płytą pt. "Siódma pieczęć", która ukazała się późną jesienią. Wielka trasa promująca ten longplay przeciągnęła się na rok 1994, a po jej zakończeniu przystąpiono bezzwłocznie do przygotowywania kolejnej płyty - "Republika marzeń". Po kilku miesiącach przygotowań w Kazimierzu Dolnym i w wiosce pod Kazimierzem - Mięćmierzu, w domu Zuzanny i Daniela Olbrychskich, w marcu i kwietniu 1'995, w studiu "Hendrix" Polskiego Radia Lublin dokonano nagrania. Ta produkcja odbyła się już pod auspicjami nowego wydawcy Republiki - Pomatonu, a jej promocja trwa do dziś.

Także w tej chwili: w jakimś sensie elementem promocji jest przecież także ta książka...

Szanowny Czytelniku, zaczęliśmy tę przygodę z Republiką od rozmowy z muzykami w toruńskiej kawiarni "Pod Atlantem". Zakończmy ją nieopodal, w "Od Nowie", klubie w Dworze Artusa, gdzie wszystko wzięło swój początek. 16 stycznia 1996 Republika zagrała w miejscu swych narodzin, a "Nowości" tak napisały o występie, piórem Winicjusza Schulza: "Czwartkowy koncert zaczynał się dość smutnawo /.../ Kilkanaście lat doświadczeń na estradzie robi jednak swoje. Z utworu na utwór grupa coraz bardziej panowała nad widownią. Przełom nastąpił gdzieś w okolicach "Tak, tak". Zaczęły się szalone tańce, gorące przyjmowanie każdej następnej kompozycji - czy to z "republikańskiej" klasyki czy też z solowych płyt Grzegorza Ciechowskiego. I tak już było do końca. Początkowy chłód, niczym ten z "Arktyki" (a raczej "Syberii") pozostał tylko przykrym wspomnieniem. A finał z "Białą flagą", "Telefonami" czy wręcz wymuszonym na zespole "Kombinatem", to już była jedna wielka owacja.

Miał więc ten koncert swą dramaturgię. Miał też bardzo wiele ciekawych momentów, np. znakomitą improwizację perkusyjną Sławka Ciesielskiego i Leszka Biolika. Grzegorz Ciechowski bardziej wtopił się w zespół, który znów jest grupą przyjaciół. Nie tylko z deklaracji. Ale na tym koncercie, przynajmniej dla mnie, postacią numer jeden był Zbyszek Krzywański. Zwykle stojący na uboczu, bardzo skoncentrowany. Tym razem jego gitarowe solówki były bardziej wysunięte na pierwszy plan, niekiedy świadomie grane w dysonansie do tego, co robiła reszta grupy. Dzięki nim nawet te najstarsze utwory zespołu zabrzmiały bardziej intrygująco, na nowo. A cała Republika była doprawdy w wybornej formie, więc ten koncert, niejako w domu, wypadł rzeczywiście dobrze."

Minęło 15 lat od powstania Republiki. Urodziny nie zostały uczczone fetą. Nie było benefisu, koncertu jubileuszowego, ani toastów. Tak chcieli sami Republikanie i tak chciał ich manager Jerzy Tolak. Jedynymi ukłonami w stronę historii pozostaną: koncert "Republika wspomnień"

nagrany przez TV Kraków, a wyemitowany 26 stycznia i ta książka. Prawda, że skromny to jubileusz, ale czy potrzeba fajerwerków?

Dzieje Republiki nie są zamknięte. Jej historia trwa mimo naturalnej ewolucji, jaka dokonała się w zespole i w każdym z jego członków; hasło "Republika" pozostaje żywe. I choć dziś mniej może z ich strony efektownych salw, to przecież pamiętaj, że cała twórczość zespołu była zawsze skierowana do elit. Nikt, kto nie przyjął intelektualnych zasad zabawy Grzegorza Ciechowskiego, nigdy nie był prawdziwym fanem republikańskim.

Kiedy na firmamencie rocka, jeszcze w latach osiemdziesiątych, pojawiły się zespoły grające muzykę łatwiejszą, ogromna popularność Republiki zmalała, ale ci, którzy od muzyki i tekstu w piosence wymagają więcej, zostali. Miłośnicy zespołu dorastali razem z nim. Razem przeżywali burzliwą historię ostatnich lat, a także radości i dramaty osobiste. Ci fani nie piszą listów do zespołu; są już w tym wieku, kiedy sztukę przeżywa się wewnątrz, nie na zewnątrz.

Rośnie nowe pokolenie słuchaczy, których można określić mianem muzaków - słuchają dużo i są otwarci na wszystko. Jeśli z bezkształtnej magmy dźwięków i stylów wykrystalizuje się kiedyś u nich gust muzyczny, może część z nich skieruje się w stronę intelektualnego rocka. Wiele świadczy o tym, że wśród nich są potencjalni nowi fani Republiki.

O planach na przyszłość Republikanie mówią niechętnie. Może nie chcą zapeszyć... Wiadomo, że mają podpisany czteroletni kontrakt z Kompanią Muzyczną Pomaton, na wydanie jednej płyty rocznie. Być może nie jest to tyle, ile oczekiwaliby zwolennicy zespołu, ale łatwiej zrozumieć tę wstrzemięźliwość, jeśli zważy się towarzyszące jej okoliczności.

Grzegorz Ciechowski przeistacza się w producenta. Jego ostatnie dokonanie - "Dziewczyna szamana" Justyny Steczkowskiej, to niewątpliwy sukces, zarówno pod względem realizacji dźwięku, jak i urody tekstów. Zbyszek Krzywański zaczyna iść w jego ślady, a ponadto realizuje się w swym drugim wcieleniu: artysty kulinarnego (patrz wkładka barwna). Leszek Biolik założył sobie osiągnięcie perfekcji w swoim instrumencie, myśli też o śpiewaniu i komponowaniu, a oprócz tego praktykuje buddyzm. Sławek Ciesielski jest również oddany swojemu instrumentowi. Szuka nowych rozwiązań z różnymi zespołami. Ostatnio pracuje nad zmontowaniem zupełnie nowej formacji w Toruniu. Malowanie zarzucił, bo nie starcza mu czasu, ale żałuje, i może kiedyś do tego wróci.

Ta normalna ewolucja sprawia, że spotkania w Republice są rzadsze. Nic nie wskazuje wszakże na to, aby ilość miała zaważyć na jakości. "Republika marzeń" może nas, co do tego uspokoić. Dobra muzyka i wspaniałe teksty nawiązują do lat świetności zespołu.

Na koniec pozostaje tylko życzyć Republice znalezienia wreszcie wymarzonej przez nich krainy.

To jakby taka "arka przymierza" między dawnymi a nowymi laty, bo zbiór utworów, które na ogół fani już znają, ale wcześniej nie publikowanych na płytach długogrających, a teraz nagranych w innych wersjach.(... ).