Alex Stach

Gwiazdy, Komety & Czad

V - MIĘDZY SPOPTEM A OPOLEM

Juror Grzegorz Ciechowski jechał do Świnoujścia na FAMĘ '88 pełen troski. Bynajmniej nie o los studenckiego festiwalu, bo ten miewał się całkiem dobrze, ale o kształt swego występu w Sopocie, który zbliżał się milowymi krokami, gdy tymczasem Obywatel G.C. nie miał jeszcze skompletowanego zespołu.

Wiązał jednakowoż pewne nadzieje z pracą jurora i, jak się wkrótce okazało, intuicja nie zawiodła go. Przyglądając się bacznie młodzieży przewijającej się przez scenę Świnoujścia, wprawnym okiem i uchem profesjonalisty wyłowił obiecującą sekcję: basistę Leszka Biolika i perkusistę Kubę Majerczyka, których dość szybko udało się nakłonić do zmiany barw: dokonując tego przewerbowania Grzegorz tym samym dokonał demontażu Pracowni Artystycznej PAFF.

Leszek i Kuba, świadomi jak trudne zadanie przed nimi stanęło, wzięli się bardzo ostro do roboty. Zaopatrzeni w nagrania Obywatela G.C. zaszyli się na dwa tygodnie w Wyśmierzycach i tam bez wytchnienia ćwiczyli rozpracowując bardzo poważne pułapki techniczne, czające się w tych na pozór całkiem prostych numerach. A potem pojechali na próby do Warszawy.

Pamiętam pierwszy dzień - wspomina Leszek - kiedy Grzegorz przywitał nas, rozłożył klawisz, my też zaczęliśmy się instalować, a Jurek Tolak stal z boku...

- Ja byłem wtedy przerażony - wyznaje Jurek.

- Stal z boku i obcinał nas takim bardzo krzywym spojrzeniem.

- I ja, i Grzesiek do końca nie byliśmy przekonani, że to się uda.

- Bo tak naprawdę, w tak krótkim czasie, to się rzadko udaje.

- Oni mieli po 21, 22 lata, byli bardzo młodzi. Rany Boskie! I żadnego doświadczenia, jeśli chodzi o duże koncerty. Taka była prawda.

- No, nie całkiem prawda, bo ja wcześniej grałem z Daabem dla 20 tys. ludzi, ale umówmy się, że nie w takich spektaklach, jak Festiwal u, Sopocie - przyznaje Leszek.

- Pierwszy dzień to było takie wstępne macanie, ale później poszło - Jurek, jakby przeżywał to dziś jeszcze raz, oddycha z ulgą.

Od tej chwili próby, odbywane w sali Remontu, ruszyły pełną parą i szybko; dzięki morderczemu tempu pracy, zaczął się z nich wyłaniać realny kształt recitalu.

A recital Grzegorza w Sopocie z założenia miał stać się wielkim wydarzeniem. Aby ten zamysł zrealizować, trzeba było pokonać wiele trudności nie tylko natury artystycznej, ale także - a może przede wszystkim - organizacyjnych. Funkcjonująca ówcześnie machina festiwalowa, odznaczająca się znaczną bezwładnością, niełatwo pozwalała się poruszyć z posad. Jurek Tolak stawał na głowie cierpliwie przełamując kolejne bariery. Jedną z nich, na przykład, i wcale nie najłatwiejszą do przebycia, była sprawa oświetlenia. Dopiero po długich zabiegach i solidnym oparciu problemu o bufet, udało się załatwić, aby spec od świateł grupy, Arek Jarosz, miał wolną rękę. W rezultacie, co było naówczas całkowitym novum i od razu na wstępie wywołało aplauz publiczności, występ rozpoczął się bardzo efektowną gitarową solówką Marcina Otrębskiego "Samby", graną w zupełnej ciemności. A dalej było równie efektownie, choć już widniej.

Założenia zostały zrealizowane. Nowatorsko zrealizowany koncert, transmitowany przez telewizję w sposób dotychczas u nas nie spotykany, dzięki technice zdjęciowej, jaką po raz pierwszy zastosował wtedy operator Darek Goczał stał się wydarzeniem i zrobił furorę.

Zaś zespół Obywatela G.C. syty chwały powrócił do Warszawy i zaczął pracę przy promocji płyty "Tak, Tak" dyskontując sopocki sukces.

Wkrótce ruszono w dużą trasę, zmieniając nieco skład grupy. Między innymi, Marcina "Sambę" Otrębskiego zastąpił na gitarze Stanisław Zybowski, z którego osobą wiąże się jeden z najbardziej pamiętnych koncertów tego czasu. Rzecz miała miejsce nie gdzie indziej, jak w Sali Kongresowej, wypełnionej po brzegi wybredną warszawską publicznością, a wśród niej wieloma profesjonalistami z branży.

Otóż, wypróbowany z takim powodzeniem w Sopocie, precyzyjny scenariusz spektaklu wyglądał tak, że po wstępnych fanfarach gasły wszystkie światła i samotna gitara zaczynała wstęp do piosenki "Paryż - Moskwa". Kiedy Staszek w zupełnej ciemności grał solówkę, co trwało jakieś trzy minuty, na scenę niepostrzeżenie wchodzili Kuba Majerczyk z Leszkiem Biolikiem, i gotowi już przy perkusji i basie czekali aż gitarzysta dojdzie w solówce do motywu "Paryż Moskwa". Wtedy uderzali akcenty i równocześnie buchała salwa świateł. To był efekt, który robił wrażenie!

W Kongresowej jakiś nadgorliwiec, właściwie nie wiadomo, kto i na czyją komendę, nie sprawdziwszy, czy zespół jest gotowy, wygasił światła znacznie przed czasem i ... zaczęło się! Poszły już fanfary, Piotr Majewski wygłosił zapowiedź, a zespół, przygotowujący się jeszcze w garderobach zrozumiał, że musi natychmiast zaczynać. Staszek Zybowski na łeb, na szyję rzucił się na scenę i rozpoczął gitarową solówkę. Reszta miała teraz około trzech minut, by znaleźć się na stanowiskach. Gdy stali już gotowi w kulisie, Leszek zorientował się nagle, że nie ma koło niego Kuby. Z rosnącym zdenerwowaniem, niczym nasz ulubiony bohater literacki Kubuś Puchatek, począł gorączkowo rozglądać się, a nawet macać wokół siebie w ciemnościach, ale im bardziej się rozglądał, tym bardziej Kuby tam nie było.

Dramatycznym szeptem zameldował o tym Jurkowi Tolakowi, a ten natychmiast puścił się galopem przeszukiwać garderoby i wszelkie inne pomieszczenia na przepastnym zapleczu Sali Kongresowej. Bez rezultatu.

Tymczasem nieświadom tego, co się dzieje Staszek, samotny pośrodku wielkiej sceny, jak żołnierz na ostatniej reducie okrążonej morzem nieprzyjaciół, grał i grał... Świadkowie wydarzenia opowiadają, że Jurek pobił wówczas, przemierzając labirynt korytarzy Pałacu Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina, wszystkie rekordy na wszelkich możliwych dystansach, Staszek zaś zasłużył na Nobla w dziedzinie improwizowania najdłuższej solówki swego życia. W końcu jednak, po bitych 25 minutach, zrezygnował. Grzegorz usiłował jeszcze ratować sytuację wychodząc na scenę i pytając - jak w prastarym dowcipie - czy jest może na sali jakiś perkusista, ale nie wzbudził tym entuzjazmu publiczności.

Na szczęście, w tejże właśnie chwili, perkusista zmaterializował się w postaci spokojnie wchodzącego po okazałych schodach Kongresowej Kuby Majerczyka, który, jak się okazało, święcie przekonany, że występ zaczyna się dopiero za pól godziny, udał się był na chwilę do swego pokoju w pobliskim hotelu "Forum" po pozostawione tam przez zapomnienie tenisówki...

Zespół, nareszcie znów w komplecie, wyszedł na scenę i rozpoczął koncert, już bez wstępu, piosenką "Paryż Moskwa", a wpadka ta, wykonana na dodatek przed najbardziej zimną i wymagającą, bo wywodzącą się w dużej części spośród branży publicznością, weszła na zawsze do jego legendy.

To wspomnienie żyje do dziś i teraz, gdy pozostaje już tylko zabawną anegdotką, a od słynnej solówki zaczyna Krzywy, koledzy robią mu niekiedy dowcip, ostentacyjnie wychodząc w tym czasie na widownię. Podejrzewają, że kiedy Zbyszek ich dostrzega, przechodzą go złowrogie ciarki, choć on sam nie przyznaje się do tego.

Tak, czy inaczej, opisany epizod, jakkolwiek niewątpliwie stresujący i w danym momencie mocno nieprzyjemny dla zespołu, bynajmniej nie wpłynął ujemnie na jego popularność. Zarówno ta tura koncertów, jak i kolejne, które odbyły się w ciągu następnych dwóch lat, ściągały na największe sale w kraju komplety publiczności.

Wszystko kręciło się pomyślnie i z dużym rozmachem, aż do początku roku 1989, kiedy zaczęły się rozbieżności we współpracy Grzegorza Ciechowskiego z Małgorzatą Potocką, dotychczas "drugą po Bogu". Miało to związek z pojawieniem się dość nietuzinkowej postaci, jaką był członek zespołu Yello, Dieter Meier, który, zwabiony opiniami, że w Polsce można za niewielkie pieniądze uruchomić superprodukcję, przyjechał, aby zrealizować film do płyty "Snowball".

Trafiwszy za pośrednictwem różnych osób do Małgorzaty i Grzegorza, przedstawił im swe ambitne plany, kusząc perspektywą pracowania nie tylko na rynku krajowym, ale otwarciem się na świat. Od słowa, do słowa, postanowiono zawiązać wspólną firmę, której prezesem została Małgorzata, a wiceprezesem Grzegorz: "M.M. Potocka Production" zajęła się realizacją filmu, a Grzegorz, który w tym przedsięwzięciu właściwie nie brał udziału, zaczął rzucony na głęboką wodę, zdobywać pierwsze doświadczenia producenckie.

Dieter Meier mianowicie, oprócz filmu, miał do zrealizowania płytę niemieckiej wokalistki Mony Mur, związanej kontraktem z nie byle kim, bo z wytwórnią RCA, która zleciła produkcję longplaya Meierowi. Ten z kolei zaproponował tę pracę Grzegorzowi, który przyjął propozycję bez namysłu.

W ten sposób, gdy Potocka wciągnęła się bez reszty w kręcenie filmu, a Ciechowski w realizację nagrań Mony Mur. Obywatel G.C. siłą rzeczy zaczął odłogować.

Płyta Mony, od początku zaplanowana z rozmachem, stała się jedną z największych produkcji rockowo-popowych, jakie miały miejsce w kraju. Dieter chciał, aby była to produkcja bogata, na miarę europejską, która zdobędzie każdy rynek. Przysięgał, że zrobi taką promocję, która rzuci wszystkich na kolana i Mona Mur zdobędzie świat. Dzięki temu Grzegorż miał do dyspozycji niemal nieograniczońe środki i wszelkie możliwości do wykorzystania.

Pierwszy etap pracy trwał pół roku i w tym czasie zakończono wszystkie nagrania, w których między innymi uczestniczyła orkiestra symfoniczna. Aranżacji niektórych utworów dokonał Krzesimir Dębski. Działo się to w najlepszym studio S-4, z udziałem najlepszych muzyków. Powstała niezwykła, bardzo wyrafinowana produkcyjnie płyta, którą Mayer przyjął z zachwytem. Ale historia ta nie skończyła się, niestety, happy endem.

Grzegorz wspomina: W RCA nie spodziewano się, że będzie to projekt wymagający takiej promocji. Promocja została zarysowana przez " M. M. Potocka Production " i tu zaczęły się schody. Z tego, co wiem, płyta do tej pory nie została wydana. Biedna Mona. Na początku była przerażona perspektywą produkowania płyty w Polsce, a kiedy wreszcie przekonała się o profesjonalizmie i wysokich kwalifikacjach strony polskiej - zawiedli zachodni partnerzy. Myślę, że jest to jedna z najlepszych niewydanych płyt, jakie znam. Cala sprawa ugrzęzła w sądach. Mona, mimo że miała zapewnioną pensję u Meiera, wytoczyła mu proces. Do dziś nie znam zakończenia tej historii.

Dla mnie był to okres najintensywniejszego zdobywania doświadczeń producenckich. Ktoś, na przykład, wpadł na pomysł, że trzeba jakąś piosenkę zremiksować w Paryżu. Wyjeżdżałem więc do Paryża i tam w ciągu trzech dni uczyłem się więcej, niż przez pół roku w Warszawie. Spotykałem tam ciekawych ludzi, profesjonalistów, z których doświadczeń czerpałem pełnymi garściami. Pomimo, że nie funkcjonowałem przez rok jako Obywatel G.C., był to dla mnie bardzo owocny okres zdobywania zawodu producenta.

Jednak - choć niezbyt chętnie - Grzegorz przyznaje, z czym zresztą w pełni zgadza się Jurek Tolak, że to wszystko odbiło się na promocji jego własnej twórczości. Najlepsza w jego ocenie płyta "Obywatel Świata" została właściwie niezauważona. Brakowało nawet klipa, choć przecież dysponowali wszystkim, co było do jego zrobienia konieczne, ale do realizacji nigdy nie doszło, głównie z powodu coraz ostrzejszych tarć, do jakich dochodziło między Grzegorzem a Małgorzatą Potocką. Obydwaj, i Grzegorz, i Jurek, przypisują Potockiej rolę psa ogrodnika - sama nie robiła klipów, a innych odstraszała, albo wręcz nie pozwalała się tym zająć. Początkowe, niekwestionowane zasługi Małgorzaty w wykreowaniu Obywatela G.C., zostały teraz w poważny sposób podważone wskutek braku promocji kolejnych płyt.

Jerzy Tolak wszakże nie poddawał się, nieustannie pracując nad utrzymaniem wysokiej pozycji Ciechowskiego jako twórcy. Krępowany przez jakiś czas gorsetem "M.M. Potocka Production", w miarę jak szefowa traciła zainteresowanie Obywatelem, on mógł swobodniej działać na Jego rzecz.

Wtedy to, mniej więcej na przełomie 1989/90 roku, zaczęły się po raz pierwszy pojawiać, zrazu zupełnie luźne, pomysły reaktywowania Republiki. Grzegorz dość długo i skutecznie opędzał się przed takimi, nawet jeszcze nie projektami, ale zaledwie niesprecyzowanymi sugestiami. Kiedy już jednak myśl zakiełkowała, było więcej niż pewne, że prędzej czy później wyda owoce; wystarczyło poczekać na odpowiednią koniunkturę.

I oto właściwy moment nadszedł wiosną 1990 roku, wraz z rozpoczęciem przygotowań do Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Jego organizatorzy wymyślili koncert, który miał stać się podsumowaniem osiągnięć polskiego rocka dekady lat 80-tych. Oczywiście, takie zamierzenie, bez przypomnienia dokonań Republiki, było nie do pomyślenia. Zaczęto więc zakulisowe zabiegi, aby doprowadzić do wspólnego występu zwaśnionego zespołu. Starania trafiły na podatny grunt, bo akurat tak się złożyło, że wszyscy zainteresowani skłonni byli w tym momencie dać sobie jeszcze jedną szansę. Po kilku telefonach do Grzegorza i do Jurka, po kilku ich rozmowach, rzecz zaczęła się krystalizować. Jurek miał największe obawy, co do osoby Pawła, ponieważ zadrażnienie pomiędzy nim a Grzegorzem było najsilniejsze: od 1986 roku ani razu ze sobą nie rozmawiali. Kiedy więc, po uzgodnieniu szczegółów z organizatorami koncertu Grzegorz zadzwonił do Torunia i przedstawił propozycję Pawłowi, a ten odpowiedział, że nie widzi przeszkód, tylko musi się porozumieć z resztą chłopaków - wszystko było jasne: po czterech latach przerwy, Republika znów zagra!

Ostateczne decyzje zapadły w ciągu dwóch dni i niebawem można było rozpocząć przygotowania.

-Jurek zorganizował próby w Remoncie - wspomina Grzegorz.

- Szybciutko to wtedy poszło - dodaje Zbyszek.

- Właściwie to był pierwszy kontakt od momentu rozstania. Cztery lata trwała ta wspólna nieobecność, ale przeszliśmy nad tym do porządku dziennego i zaczęliśmy próbować.

- Wszedłem po schodach na górę do Riviery, gdzie stał Grzegorz. Uśmiech, uśmiech, sztrfelka, niedźwiedź, buzi, i poszło.

- Wszyscy mieliśmy w pierwszej chwili trochę tremy, ale przecież ja nie mogłem się zgodzić, żeby wystąpić w Opolu, na tym podsumowaniu dekady tylko jako Obywatel G.C. i zgarnąć cały splendor na własny rachunek. Uważałem, że to byłoby nie fair wobec chłopaków, tym bardziej, że oni jeszcze walczyli z Operą.

- No, to już była, prawdę mówiąc, końcówka.

- Właśnie - kończy Grzegorz - i tak się szczęśliwie złożyło, że wtedy to wspólne granie, ten występ w Opolu, nawet gdyby miał pozostać tylko jednorazowym epizodem, były dla wszystkich przyjemnym, sympatycznym przeżyciem.

ciąg dalczy ... Znowu razem