Alex Stach

Gwiazdy, Komety & Czad

III - ROZSYPKA

Przez pięć tłustych lat szczytowego powodzenia, kiedy stanowili najpopularniejszy zespół w kraju, kiedy rozporządzali emocjami dziesiątków tysięcy fanów, kiedy kroczyli od sukcesu do sukcesu, Republikanie tworzyli specyficzny organizm, zintegrowany nie tylko życiem artystyczno-estradowym. Nie rozstawali się także poza sceną. Bardzo silnie się przyjaźnili. Wraz z rodzinami tworzyli coś w rodzaju ekskluzywnej enklawy, ścisłe grono towarzyskie, spędzające wspólnie wolny czas, razem obchodzące święta i wszelkie uroczystości.

I oto, tak jakoś chyba na przełomie 1985/86r., na tym sielankowym obrazku zaczęły pojawiać się pewne rysy. Nie sposób dziś precyzyjnie ustalić, kiedy dały o sobie znać pierwsze symptomy nadchodzącego kryzysu. Zresztą poszczególni muzycy postrzegali je indywidualnie, każdy inaczej, w czym nie ma nic dziwnego, bowiem materia jest delikatna i każdy mierzy ją własną miarą, zależną od osobistej wrażliwości.

W każdym razie jeszcze u schyłku 1985 roku, nawet po rozstaniu z Andrzejem Ludewem, które nastąpiło właśnie wtedy, a przebiegło w sposób dość naturalny i elegancki, bez wielkich dramatycznych scen i zostało dżentelmeńsko określone, jako "wyczerpanie się możliwości współpracy" z obydwu stron, więc nawet jeszcze wtedy nic nie wskazywało na to, że zespół rychło pójdzie w rozsypkę.

Jeszcze w lutym 1986 zagrał udany koncert na dużej imprezie Rock bez Maku, a potem intensywnie pracował nad przygotowaniem materiału na nową płytę, której nagranie miało rozpocząć się w połowie roku, i... nigdy nie doczekać finału w tym samym składzie personalnym...

Niełatwo pisać o kryzysie i rozpadzie. Jest to zadanie niewdzięczne, delikatne i grożące w każdej chwili kolizją, czyli gafą o trudnych do przewidzenia konsekwencjach towarzyskich. Nie dziw się przeto Czytelniku, że Alex Stach, nie chcąc balansować na cienkiej linie nad przepaścią, postara się uniknąć odpowiedzialności i wykonać tę robotę cudzymi rękami. Niech mówią sami zainteresowani.

Czytając tę relację miejmy jednak na uwadze, że jej autor, Paweł Kuczyński, jest tym członkiem zespołu, który zresztą całkowicie z własnej woli - jako jedyny nie znalazł się znów w jego składzie, po ponownym zawiązaniu. Ta okoliczność może mieć pewien wpływ na jego specyficzny punkt widzenia, choć oczywiście nie musi.

Według mnie - wspomina Paweł - wszystko miało źródło w naszych prywatnych kontaktach i w tym, że inaczej traktowaliśmy hasło "przyjaźń ". Wszystko było wspaniale, dopóki sprawy szły do przodu. Ale kiedy pojawiły się pierwsze małe kłopoty - na przykład oznaki spadku popularności, który był zrozumiały, bo przecież na rynku wyrastały nowe kapele, zaczęły powstawać jakieś rysy. Pierwszy raz porządnie to odczuliśmy, gdy zaczęły się problemy Grzegorza z wojskiem. Dziś już nie mam do niego pretensji, ale przecież wówczas była to, delikatnie mówiąc, co najmniej lekkomyślność, to jego zachowanie w całej sprawie. W czasach zaostrzonej komuny żaden rozsądny człowiek, obywatel PRL, którego czekał zaszczytny obowiązek odbycia służby wojskowej, nie powinien był powiedzieć w wywiadzie, że on do wojska nie pójdzie. I wywołało to spodziewany odzew: oni nie mogli nie zareagować, nawet gdyby chcieli i Grzegorz do wojska został powołany. Tam dostał porządnie psychicznie w dupę.

My znaleźliśmy się w niesympatycznej sytuacji finansowej. Pierwsza płyta, owszem, była sukcesem komercyjnym, ale przecież gros pieniędzy przypadło autorowi. My dostaliśmy niewielką część. Mnie to wystarczyło na kupienie 4-letniego malucha i zostałem bez forsy. Tak samo reszta chłopaków: kiedy zwinęli Grzegorza, nagle nie mieliśmy środków do życia. Ja, z pewnym takim zażenowaniem, przeszedłem na utrzymanie żony. Troszkę się polepszyło, kiedy Grzegorza przeniesiono do Łodzi i zaczęliśmy przygotowywać spektakl w Teatrze Wielkim. Trzeba jednak pamiętać, że autorem wszystkiego, zarówno tekstów, jak i muzyki Republikańskiej, był Grzegorz, który dzięki temu, nawet siedząc w wojsku był jakoś urządzony, podczas gdy my, zarabiający tylko jako wykonawcy, wobec braku występów zostaliśmy na lodzie.

Wtedy dopiero, po raz pierwszy, zacząłem zastanawiać się nad finansami. Dotychczas nie przywiązywałem do tego wagi. Tymczasem powstała taka sytuacja, że kiedy Grzegorz wyszedł w lipcu z wojska, dla nas licznik był dokładnie wyzerowany. Znaleźliśmy się pod przymusem zrobienia wszystkiego, żeby odzyskać pozycję zespołu. Robiliśmy ostre próby. Uważam, że powstał wtedy rewelacyjny materiał, który miał później ukazać się na płycie, ale niestety nie ujrzał światła dziennego pod firmą Republiki, bo zaraz po rozpoczęciu nagrywania, rozstaliśmy się.

W międzyczasie pojawiły się nieporozumienia z managerem, i to - nie ma co ukrywać - częściowo także na tle finansowym. Ale ważniejsze w tym wypadku było, że Ludew nie bardzo potrafił odnaleźć się w obliczu naszej spadającej popularności. Dopóki byliśmy na topie i telefony się urywały, to wszystko OK, ale gdy przyszło do tego, żeby samemu usiąść i zacząć dzwonić i załatwiać koncerty, okazało się, że nasz manager zdążył się od tego odzwyczaić.

Rozstaliśmy się z Ludewem. Zaczęliśmy wykonywać nerwowe, nie przynoszące efektów ruchy. Próbowaliśmy powierzyć nasze interesy Tadeuszowi Szklarskiemu z PSJ, ale nic z tego nie wyszło.

A mimo to grywaliśmy wspaniale koncerty. Jeden z nich, w Ursusie, niedawno przypomniałem sobie z kasety i stwierdziłem, że jeśli kiedyś mieliśmy szanse na prawdziwą wielkość jako kapela, to właśnie wówczas. Graliśmy rewelacyjnie i ta muzyka miała niebywałą silę.

Niestety, wszystko już się rozjeżdżało. Ursus, to był już okres uwikłania się Grzegorza w zawiłe sprawy osobiste, czułem, że w sferze prywatnej zmienia mu się hierarchia ważności. Przestawaliśmy być czwórką przyjaciół, a wkroczyliśmy w układ lider - zespól. Naturalnie w dalszym ciągu padały deklaracje przyjaźni, ale było jasne, że dla lidera na pierwszy plan wysunęła się zdecydowanie jego wielka miłość - Małgosia Potocka. Przy czym ani wtedy nie twierdziłem, ani teraz nie sądzę, że to ona nas poróżniła: myślę, że stała się raczej rodzajem katalizatora, w procesie, który podskórnie trwał już od dłuższego czasu, a teraz tylko wyraźnie wyszedł na jaw. W istocie, ten układ sprowadzał się do nas czterech. Zaczęliśmy odczuwać - a przynajmniej ja, bo nie chcę mówić za wszystkich - że jesteśmy tylko chłopcami do grania, a różne decyzje, które dotychczas podejmowaliśmy wspólnie, zaczęły zapadać poza nami.

To paradoks, że właśnie wtedy graliśmy naprawdę świetną muzykę, a dowodzi tego zapis koncertu w Ursusie i choćby taśma demo, którą nagraliśmy w studio, na dzień przed rozpadem zespołu. Ta muzyka ziała żarem.

Nie ukrywam, że sytuacja była męcząca. Chodziło o to, że Grzegorz obciążał nas, mnie i resztę naszej paczki, odpryskami swoich życiowych perturbacji, co nie robiło dobrej atmosfery. Uważałem, że nadużywa naszej przyjaźni i nie chciałem być wciągany w jakieś jego prywatne historie, zwłaszcza, że wskutek tego coraz częściej przestawaliśmy się rozumieć.

Pojawiły się pierwsze nieporozumienia i konflikty na próbach. Potem powtarzały się coraz częściej, a jednak mimo to dorobiliśmy się dobrego materiału, pod którym mogliśmy wszyscy podpisać się obu rękami. Ale niepokoiły mnie usiłowania, aby ten materiał jak najszybciej nagrać i sprzedać jakkolwiek bądź, byle tylko pokazać że istniejemy, Pamiętajmy, że na początku lat 80-tych robiliśmy karierę bez płyty, więc teraz przerażało mnie, że poza płytą nie mamy nic. A sama płyta to przecież ułamek sprawy: trzeba jeszcze wykonać całą ogromną pracę promocyjną - tymczasem - raz, że nie miał kto się tym zająć, dwa - należałoby to robić w odwrotnej kolejności.

No, ale decyzje zapadły, pojechaliśmy do Warszawy na sesję nagraniową. Dla nas trzech, niezależnie od innych planów, było jasne, że płyta musi przynieść nam dochód wystarczający na przeżycie. I oto, wchodząc do studia, w ostatniej chwili, dowiedzieliśmy się, że nasze honoraria mają wynieść 5O tys. złotych - tyle wtedy, jeśli dobrze pamiętam, kosztował chyba kolorowy telewizor.

Wcześniej Grzegorz, znając naszą katastrofalną sytuację finansową - złożył szlachetną deklarację, że ta płyta będzie w całości do podziału: wszelkie z niej dochody, łącznie z tantiemami za muzykę - wszystkim po równo; w końcu jesteśmy przecież grupą przyjaciół. Jednak pomiędzy tą deklaracją a wejściem do studia, parę rzeczy wydarzyło się w życiu Grzegorza i wyklarowała się jego sytuacja osobista.

Nieświadomy tego, zapytałem, czy to znaczy, że wycofuje się z poprzednich ustaleń. Grzegorz odrzekł, że co prawda miało być inaczej, ale porobiło się tak, że on teraz będzie zakładał nową rodzinę, co wiąże się z wielkimi wydatkami, wobec czego tamte ustalenia są nieaktualne. Dodał, że mu przykro, ale chyba rozumiemy, że nie ma innego wyjścia, jak wycofać się z poprzednich zobowiązań.

Nie ukrywam, że odczuwałem to jako wymówienie przyjaźni, a przynajmniej jej poważne nadużycie. Zrobiło mi się cholernie przykro. Powiedziałem: Grzegorz, ja jutro wracam do Torunia.

Razem ze mną wyszli ze studia Zbyszek i Sławek. Pozostała po nas taśma demo, którą zdążyliśmy nagrać... Powtórzę jeszcze raz, może dlatego, że nigdy dotąd nie mówiłem tego publicznie: naturalnie, względy finansowe miały wielkie znaczenie, ale dla mnie pierwszorzędnym czynnikiem było nadużycie przyjaźni. Tak to wtedy odebrałem.

Więc tak to wtedy odebrał Paweł.

A Sławek? Sławek jest szalenie lakoniczny:

Kiedy Republika się rozpadła, miałem pretensję do Grzegorza, ale jeszcze bardziej do ludzi, którymi się w tym czasie otaczał. Pewne osoby spoza naszego kręgu potrafiły wiele rzeczy przewrócić.

A Zbyszek?

Nagranie nowej płyty, na którą czekała publiczność, odwlekało się, bo chodziło o to, żeby znaleźć wydawcę zapewniającego członkom zespołu zarobienie satysfakcjonujących pieniędzy, a z tym było trudno. Niestety o tantiemizacji wykonawców nie mogło być mowy, bo nasze firmy wydawnicze nie miały prawa płacić takich tantiem. Tylko Grzegorz, jako kompozytor, autor tekstów znalazł się w komfortowej sytuacji. Był w moich oczach tą osobą, która na płycie przyzwoicie zarobi, ja natomiast zarobię jedynie jakieś honorarium nagraniowe, które miało wynieść bodaj 100 tysięcy złotych. To było wówczas sporo pieniędzy, natomiast mnie wydawało się, że to jest za mało. Teraz po latach, oceniam, że te pieniądze nie były warte tej kłótni, tymczasem zespół rozpadł się, nie ma co ukrywać, przede wszystkim przez forsę. Do dziś obwiniam się, że odmówiłem pójścia na spotkanie zaproponowane mi przez Grzegorza, ale wtedy czułem się oszukany. Najprawdopodobniej, gdybym był poszedł, zespół zmieniłby tylko skład - bo Paweł odszedłby tak czy inaczej. Ale zagrały emocje.

Pokłóciliśmy się w studio, w drugim dniu nagrywania płyty; to była ostra rozmowa, i z mojej strony i ze strony Grzegorza. Zachowaliśmy się wobec siebie bez krzty tolerancji, choć przecież po tylu latach przyjaźni i wspólnej pracy, mieliśmy prawo jej od siebie oczekiwać. Ale zaperzyliśmy się na dobre.

I muszę przyznać, że pierwszy wyszedł z tego Grzegorz. Chyba po półgodzinie, gdy wyjeżdżaliśmy ze studia, on zaproponował spotkanie następnego dnia. Paweł i ja odmówiliśmy. A gdybym był zachował się inaczej, zespół ocalałby, choć w zmienionym składzie, bo bez Pawła. Ale moje zaperzenie było tak wielkie, że popełniłem błąd.

I na koniec spójrzmy na to dramatyczne spięcie oczyma Grzegorza.

Kiedy trójka z Republiki odeszła ze studia na Wawrzyszewie z deklaracją, że nie będzie nagrywać tej płyty, znalazłem się w dziwnej sytuacji. Produkcja płyty była już rozpoczęta: studio zarezerwowane, Paweł Paczkowski pracował nad programowaniem. Spoczywała na mnie odpowiedzialność, czułem się zobowiązany wobec ludzi, z którymi podpisałem umowę.

Z drugiej strony odczuwałem bezsilną złość: byłem szefem zespołu, który niespodziewanie pokazał mi inne oblicze. To, co łączyło nas przez tyle lat, nawet te ogromne triumfy, które święciliśmy do niedawna, wszystko było dla nich mniej ważne od przedmiotu sporu. To była płyta, z której nagrywaniemzwlekaliśmy najdłużej. Po zawodzie, jaki spotkał nas w Poltonie przy wydawaniu drugiej płyty, nie spieszyliśmy się z umową na nagranie kolejnego krążka chcąc uzyskać zadowalające nas warunki. Nienagrana płyta odkłada się parszywie w świadomości, jak nie wydana książka; zaczyna się poprawiać ją w nieskończoność, myśląc o niej coraz gorzej.Każdą  twórczość powinno się zamykaćw ramy i natychmiast wydawać. Tylko wtedy można mówić o jakimś progresie, bo kiedy materiał zbyt dłuto grany jest tylko na koncertach - zaczyna doskwierać. Do pracy nad tą płytą Republika przystępowała w takich właśnie okolicznościach, co nie było bez znaczenia: narastało napięcie.

W momencie rozstania stanąłem wobec wyboru: albo przerwać sesję, albo pociągnąć dalej sam. Na to drugie rozwiązanie namawiało mnie kilka osób, między innymi Jacek Sylwin, który na jakiś czas związał się wtedy ze mną. To był jeden z tuzów branży; pracował przedtem z zespołem Combi, a wcześniej z Walterem Chełstowskim zrobił "Muzykę Młodej Generacji ". Pokazał mi dobre strony sytuacji. Stwierdził, że materiał jest dobry, a może być jeszcze lepszy, kiedy nowe brzmienie nadadzą mu profesjonalni muzycy, których on może zorganizować. Wtedy dotarło do mnie, że ja, Grzegorz Ciechowski, mogę nagrać płytę poza Republiką.

Do wieczora trwały jeszcze pertraktacje ze zbuntowanym zespołem. Mieszkałem wówczas z Małgosią Potocką w młym mieszkanku na Woli, i tam zadzwonił Paweł, a może Zbyszek, już dziś dokładnie nie pamiętam, i dał mi godzinę, żebym się zastanowił. Odbiłem piłkę mówiąc, że to oni mają godzinę na zastanowienie, bo po 22-giej nie odbieram telefonu. Emocje wzięły górę nad rozsądkiem i chłopaki wyjechali z miasta, jakby było ono skażone samą moją obecnością...

Nie miałem wyboru i w tym momencie zdecydowałem się dać Jackowi Sylwinowi wolną rękę. Wstępnie umówiliśmy się, że wśród muzyków sesyjnych będzie Krzysiek Ścierański. Potem dolączyli Jose Torres i Krzysiek Zawadzki.

Dziś nadal myślę, że nie popełniłem wówczas błędu. W tym momencie zespól musiał się rozpaść, bo z jednej strony formuła Republiki wyczerpała się w jakimś sensie, a z drugiej dla mnie samego było odkryciem, że praca z innymi muzykami bezpośrednio mnie wzbogaca i mogę to wykorzystać przy następnych płytach.

ciąg dalczy ... Obywatel G.C.