Alex Stach

Gwiazdy, Komety & Czad

II - Pięć lat tłustych

1981

 Kwiecień - Premierowy koncert Republiki w toruńskim klubie Odnowa; Lipiec - koncerty w południowej Polsce, m. in. w Krakowie, Tarnobrzegu, Nowej Dębie (po części w towarzystwie grupy Pastor Gang; Sierpień - koncerty na Pomorzu Zachodnim i w Koszalinie; Październik - występ w warszawskim klubie Riwiera-Remont wraz z Brygadą Kryzys; - zajęcie I miejsca na II Festiwalu Nowofalowych Zespołów Rockowych w Toruniu; Listopad - występ na Rockowisku w Łodzi; Grudzień - koncerty w Riwierze uzupełnione konferencją prasową i bankietem; - planowany koncert z Izą Trojanowską w Sali Kongresowej nie odbył się z wiadomych przyczyn obiektywnych.

12.01.1996 - W toruńskiej kawiarni Pod Atlantem* Republikanie na spotkaniu z Alexem Stachem snują wspomnienia o pamiętnym roku 1981. *

Grzegorz - Trafiliśmy w bardzo ważny moment dla rozwoju muzyki w Polsce. Następowała przemiana estetyczna, nowa fala zaczynała dominować i zalewać bardziej poinformowane środowiska. Dziś mody narzucane są przez media, wówczas kreowali je ludzie odziaływujący na poszczególne ośrodki kulturalne. Było kilka takich ognisk: przede wszystkim Warszawa, Toruń, Gdańsk. Tamtejsze środowiska skupiały się wokół klubów studenckich, takich jak Remont, Hybrydy, Odnowa. Ludzie krążyli z płytami w tę i we w tę, te płyty przegrywało się na taśmy, robiło się nasiadówki i słuchało bez końca Patty Smith, zespołów nowojorskich, jak Doll by Doll, Television i B-52, trochę później Talking Heads, Stranglers, Suicide. Wokół klubów krążyli ludzie bardzo awangardowi, dla których Talking Heads, to już była komercja, nieomal godna pogardy. W Toruniu funkcjonował niejaki Szymon Osmoza "Ornitolog", który miał odczyty na temat nowych płyt. Najpierw je odtwarzał, słuchało się, a potem dyskutowało do upadłego. Byliśmy pod przemożnym wpływem tej muzyki. Dlatego, kiedy zagraliśmy pierwszy koncert w Dworze Artusa, staliśmy okrakiem między światem starej muzyki, spadkiem poprzednich lat, gdzie wiele rzeczy było niekonsekwentnych stylistycznie, a pierwszymi pojawiającymi się zwiastunami nowych brzmień.

Po koncercie mieliśmy kaca - nie wiedzieliśmy, w jakim kierunku wszystko ma iść, a1e czuło się, że jesteśmy na najlepszej drodze do kulturystyki muzycznej, grania jakichś solówek. W tej sytuacji zapadło postanowienie: albo wywalamy wszystko z wyjątkiem "Białej flagi" i robimy nowy materiał, albo możemy powiedzieć sobie do widzenia.

Zbyszek - Zaczął się okres pioruńsko wytężonej pracy.

Paweł - Siedzieliśmy w klubie dniami i nocami. Świątek piątek i w niedziele.

Zbyszek - Ale już w czerwcu, pamiętam. zagraliśmy nowy program.

Paweł - Zaczęliśmy występować z nim w okolicach Torunia i Bydgoszczy. To już była zupełnie inna muzyka bardzo ascetyczna, pozbawiona rozbudowanej harmonii i wybujałego solówkowania...

Zbyszek - Zaczęliśmy główny nacisk kłaść na siłę przekazu, to stało się najważniejsze.

Grzegorz - Wtedy po raz pierwszy poszła fama, że Republika gra progresywnie i zaczęto ją utożsamiać z punk rockiem. Bez sensu! Owszem, mieliśmy co prawda kilka ostrych kawałków, a1e nikt z nas nie identyfikował się ani z punk-rockiem, ani z poppersami, ani z żadnym ruchem tego rodzaju...

Sławek - Brakowało nam managamentu z prawdziwego zdarzenia, jakiejś sensownej promocji i w którymś momencie spróbował się tym zająć Waldek Rudziecki.

Paweł - Waldek, kierownik klubu Odnowa w Dworze Artusa, był animatorem działań kulturalnych. nie tylko w klubie, a1e w ogóle w mieście. Miał na tej niwie duże osiągnięcia; między innymi klub zawdzięczał wyjątkowo bogate jak na owe czasy wyposażenie, właśnie jemu, poza tym nieustannie coś się tam działo, trwała ożywiona wymiana zespołów z innymi studenckimi klubami z całego kraju.

Zbyszek - Waldek zorganizował nam trasę na południu, graliśmy koncerty w Krakowie, w Tarnobrzegu i w Nowej Dębie, o ile sobie przypominam, a zaraz potem na Wybrzeżu i w okolicach Koszalina.

Grzegorz - I właśnie wtedy na koncertach zaczęli pojawiać się punkrockowcy ostro tańcząc pogo; w tym momencie zawłaszczyli nas jako swój zespól kultowy, a im silniejsze było to przekonanie, tym większe rozczarowanie i złość, gdy później okazało się, że Republika jest czymś innym.

Zbyszek - W każdym razie Waldek szybko się zniechęcił. Zaraz po tych koszalińskich koncertach listownie złożył dymisję z funkcji managera, motywując, że zespól nie potrafi właściwie rozumieć relacji między pracodawcą a pracownikiem...

Sławek - Prawdopodobnie po prostu doszedł do wniosku, że z nas nic nie będzie i nie warto tracić z nami czasu.

Paweł -Ale podejrzewam, że potem pluł sobie w brodę, że nie zaufał nam w tamtym momencie. Zresztą wtedy nikt nam nie ufał od strony muzycznej. No, z jednym wyjątkiem. Chłopcy z Kryzysu umożliwili nam kontakty z Rock Estradą i zaprosili na wspólny koncert w Remoncie. Na ten wyjazd do Warszawy pożyczyliśmy z teatru jakieś przedziwne kostiumy, bodajże zielone spodnie, czerwone koszule, bo musieliśmy wyglądać szokująco. I to się świetnie udało, natomiast sam koncert - mniej. Prawdę mówiąc, totalna klapa. Impreza była zorganizowana pół amatorsko, sala źle nagłośniona - słychać było pogłosy - a my strasznie spięci, i na dodatek napasieni przez kolegów z Kryzysu ciasteczkami z gandzią, w stanie nieważkości. Zagraliśmy mniej więcej półtora numeru i rozjechaliśmy się zupełnie. Starczyło nam jeszcze tylko przytomności, żeby zakrzyknąć ze sceny, że to prowokacja i czym prędzej dać nogę.

Zbyszek -A jednak, paradoksalnie, obróciło się to wszystko na naszą korzyść, bo ktoś nas wreszcie przyuważył.

Sławek - Jakiś znajomy Ludewa, który przekonał go, że warto się nami zainteresować.

Grzegorz - Andrzej miał idee fix żeby zostać wielkim managerem wielkiego zespołu. Czekał na okazję, by zrealizować tę swoją pasję i ta okazja się nadarzyła.

Paweł - My tymczasem wróciliśmy do Torunia, otrząsnęliśmy się z niesmaku po warszawskim występie zaczęliśmy przygotowania do poważnej dla nas imprezy, jaką był nowofalowy przegląd odbywający się w październiku w Odnowie. Przyjechało dużo zespołów **. To był rok 1981 i wszyscy po raz pierwszy korzystaliśmy z pełni praw obywatelskich. Niektórzy zachłysnęli się wolnością aż w nadmiarze; kapele śpiewały przepiękne teksty, których fragmenty pamiętam do dzisiaj, w rodzaju: "żona kapitana leży wyruchana "... i inne tego typu. Takie to były zespoły - nie umieli nic, nawet porządnie trzymać instrumentu, a wychodzili na scenę. Byliśmy niekwestionowaną gwiazdą tego festiwalu i odnieśliśmy zwycięstwo. Właśnie wtedy poznaliśmy Andrzeja Ludewa.

Zbyszek - Był postacią bardzo popularną w wielu środowiskach. Z wykształcenia architekt, z zamiłowania bon vivant, robił forsę jako "prywaciarz" - tak to się wtedy nazywało - między innymi produkując różne nalepki, znaczki itp. na potrzeby zespołów. W branży muzycznej miał dobre układy, a1e raczej na obrzeżach. I teraz zapragnął zostać polskim Brianem Epsteinem. A to jest facet, który gdy już czegoś zapragnie potrafi być konsekwentny w tym, co robi.

Sławek - Zaczął od tego, że wezwał nas do Warszawy... No, może, oględniej mówiąc - zaprosił nas na spotkanie.

Paweł - Wydelegowaliśmy na te rozmowę Ciechowskiego z Ciesielskim.

Grzegorz - Czekaliśmy na Ludewa na Dworcu Centralnym, wiesz, musieliśmy wyglądać jak typowi prowincjusze gapiący się na Pałac Kultury. Wreszcie Andrzej zajechał nowiutkim Kadettem, co na owe czasy było szczytowym szpanem. W tym Oplu miał super radio Pionier z odtwarzaczem, na którym rewelacyjnie brzmiała przywieziona przez nas nasza kaseta. Żona Ludewa, Małgosia, zasuwała po tej Warszawie 150 na godzinę, śmigała między tymi wszystkimi tramwajami, a my patrzyliśmy na to autentycznie, zszokowani. Andrzej przesłuchał nasze nagrania i powiedział, że potrzebuje dwu dni na zastanowienie. Jak się potem okazało, przez te dwa dni puszczał kasetę wszystkim znajomym, a po wysłuchaniu ich opinii rzekł: "OK, zajmę się wami". I, po pierwsze, zabrał nas na ciuchy do Rembertowa, gdzie nakupował mnóstwo szmat. Między innymi słynny krawat Ciechowskiego stamtąd właśnie się wywodzi.

Zbyszek - Andrzej od samego początku zaczął konstruować nasz image.

Grzegorz - Stworzył wokół zespołu aurę grupy ekskluzywnej, luksusowej. Wszystko musiało być ekstra: najlepsze hotele, najbardziej komfortowe podróżowanie, najwyższej klasy aparatura. I nie będziemy udawać, że nam to nie odpowiadało, natomiast punk-rockowej publiczności zdecydowanie nie. Oni uznali, żeśmy ich zdradzili, choć nie mieliśmy przecież żadnych zobowiązań.

Sławek - Tak, to naprawdę było rajcujące, kiedy na przykład jeszcze na samym początku, mieliśmy trasę jako przedgrupa zespołu Turbo i oni sypiali w podrzędnych hotelikach, a my w najlepszych. Z tym, że do tych luksusów cholernie szybko się przywykło.

Paweł - Z Ludewem przeżyliśmy okres naszej największej popularności. To był człowiek na luzie, który wymyślał różne fajne historie, a potem miał odwagę wcielać je w życie i udawało mu się. Nagle wszystko zaczęło się kręcić w coraz bardziej zawrotnym tempie. Ja zorientowałem się w rozmiarach naszej popularności właściwie dopiero przed wydaniem płyty. Każdy występ, każda akcja zespołu wiązała się dla mnie z wielkimi emocjami, gdy tymczasem stworzony przez Andrzeja wizerunek zespołu sprawiał, że jawiliśmy się ludziom jako zarozumiali, niedostępni, może nawet cyniczni starzy wyjadacze. W rzeczywistości byliśmy - przynajmniej do pewnego momentu - pokornymi barankami, którym z trudem udawało .się opanować drżenie głosu przed mikrofonem. Z czasem, owszem, zaczęła nam trochę odbijać palma, ale to było znacznie później. Na początku bywało, że miąłem dość hałasu, łomotu, rozgardiaszu towarzyszącego trasom koncertowym. Trochę mnie to wszystko przerażało, bo byłem raczej człowiekiem spokojnym, domatorem, nie przywykłym do sytuacji, kiedy wszystko gna, pędzi na złamanie karku, ta gonitwa powodowała stres, z którym z trudem sobie radziłem.

Zbyszek - Dla nas wszystkich ta nagła popularność była zupełnym zaskoczeniem.

Grzegorz - To wyniknęło jakby mimochodem, właściwie przypadkowo. W każdym razie nigdy nie było naszym celem. Zbyszek - Natomiast na pewno było celem Ludewa, który zabrał się do roboty z dużym rozmachem. Już w listopadzie zorganizował nam występ na Rockowisku w Łodzi. Wszystko było przygotowane bardzo rzetelnie. Czekały na nas miejsca w najlepszym łódzkim hotelu Centrum i wagon wspaniałych ciuchów zorganizowanych przez Małgosię, która prowadziła butik. Andrzej wyprodukował też chyba z tonę znaczków z wymyślonym przez siebie logo grupy: nazwa zespołu pisana republikarycą na tle czarno białych pasków. Te ,znaczki były sprzedawane, gdzie tylko się dało, a także garściami rzucane ze sceny w trakcie koncertów. Na tamte czasy to były nowatorskie chwyty, które robiły wrażenie i szybko przyniosły spodziewane efekty.

Sławek - To był, na dobrą sprawę, pierwszy tak spektakularny występ Republiki przed wielotysięczną publicznością przyjęty bardzo gorąco ***.

Zbyszek - Nasz manager natychmiast poszedł za ciosem. 4 i 5 grudnia zorganizował koncerty w Riwierze. Ponieważ klub nie chciał ryzykować angażowania własnych środków dla nieznanego jeszcze zespołu, Ludew sfinansował całą imprezę własnymi siłami. To była kupa forsy, ale nie poszła na marne. Na konferencji prasowej, po drugim występie, 5 grudnia, zjawiło się mnóstwo dziennikarzy. W tym momencie weszliśmy w szerszy obieg: zainteresowanie prasy i publiczności rosło ****, a co najważniejsze, pojawiły się różne ciekawe propozycje.

Grzegorz - Na początek wybraliśmy jedną- szalenie obiecującą.

Paweł - Na l5.XII.1981 zaplanowany został w Sali Kongresowej wspólny koncert z Izą Trojanowską, która była wówczas w uderzeniu, bezapelacyjnie na topie. Zanosiło się, że sala będzie wyprzedana do ostatniego miejsca...

Zbyszek - Byliśmy już właściwie spakowani oczekując wyjazdu do Warszawy, kiedy 13 grudnia generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny. To był szok, grom z jasnego nieba! Z dnia na dzień wszelkie plany wzięły w łeb, nikt nie potrafił wyobrazić sobie, co będzie dalej. Później doszło do nas, że Andrzej Ludew, gdy dowiedział się o puczu, wykrzyknął; " Co to znaczy stan wojenny?! Do cholery, przecież mamy koncerty! " Niestety, nawet Ludew nie mógł w tym wypadku nic poradzić.

Paweł - Beznadzieja i przygnębienie były tym większe, że od razu dotknęły nas i nasze rodziny represje. Moja siostra, a także przyjaciółka, zostały internowane. To samo spotkało teścia Grzegorza. Ponieważ zamknięto uczelnie, Zbyszek musiał opuścić akademik i wrócić do rodzinnego Drawska Pomorskiego. Wprowadzono godzinę milicyjną, zakaz podróżowania i cenzurę prywatnej korespondencji. Telefony nie działały, a w telewizorze umundurowani spikerzy zapowiadali smutne zmilitaryzowane programy... Tak kończył się pamiętny rok 1981.


*Kawiarnia "Pod Atlantem".Jeszcze w 1861 r. stał w tym miejscu - na rogu ulic Ducha Świętego i Rabiańskiej - niewielki, jednopiętrowy spichrz. Przebudowano go na budynek mieszkalny w r. 1890 nadając mu formę neorenesansową, z wydatnym boniowaniem i elementami architektonicznymi na elewacji frontowej. Na froncie również umieszczona została figura dźwigającego belkowanie Atlanta, od którego wzięła nazwę znajdująca się tam kawiarnia.

W również stylowym, nastrojowym wnętrzu nakrytym drewnianym, kasetonowym stropem podpartym parą żeliwnych kolumn, zwraca uwagę piękny kaflowy piec z ceramicznymi figurkami puttów na narożach. Jego połyskliwa, ciemnozielona glazura wspaniale harmonizuje z neorenesansowymi meblami krytymi skórą i ciemnoczerwonym pluszem.

Całości wystroju dopełniają wiszące na ścianach dawne ryciny pokazujące co ciekawsze fragmenty Torunia.

Aranżacja tego nastrojowego wnętrza jest dziełem prof. Jana Tajchmana z Wydziału Sztuk Pięknych UMK.

opr. mgr Marek Gzyło

** "Impreza ta ściągnęła do pięknego grodu nad Wisłą czternaście zespołów spod znaku nowej fali rocka. Grupy przybyły ze wszystkich stron Polski. Republika dzięki udanemu występowi zdystansowała konkurentów, momentalnie zyskując uznanie widowni. /.../ Republika, startująca z pełnym, 1.5 godzinnym programem, ma wyraźny stylistyczny profil, gra utwory przemyślane, starannie zaaranżowane, a jednocześnie nie pozbawione cudownej spontaniczności." (Non Stop, 6/1982)

*** "... podczas łódzkiego Rockowiska /.../ występ grupy bardzo przypadł do gustu miłośnikom muzyki nowofalowej./.../ Czołową postacią w zespole jest Grzegorz Ciechowski grający z piekielnym temperamentem na fortepianie i flecie oraz śpiewający z potężną dawką ekspresji. Stanowi to duży kontrast z "chłodnym" zachowaniem się na scenie pozostałych członków grupy./.../ W ostatnim plebiscycie popularności ogłoszonym przez dziennik Słowo Powszechne, Republika została uznana przez czytelników za "Talent roku 1981". Wyprzedziła w tej kategorii TSA, Dżem; Lombard i Cytrus. Republika znalazła się także wśród laureatów kategorii "Najpopularniejszych wykonawców nowej fali rocka", ustępując jedynie Kryzysowi." (Non Stop, 6/1982)

**** W numerze 4/1982 Magazynu Muzycznego Jazz /jr/ pisze: "Nie wydawało mi się prawdopodobne, aby wykonawca mogący uchodzić za przykład wtórności naszego rocka wobec zachodnich wzorców przeistoczył się w jednego z czołowych przedstawicieli polskiej nowej fali - że jest to jednak możliwe przekonałem się 5 grudnia 1981 roku, na pierwszym warszawskim koncercie zespołu w sali widowiskowej "Riviera". Przyczyną tej niezwykłej metamorfozy okazała się po prostu zmiana lidera. Odszedł dawny wokalista i gitarzysta Jan Castor, by szukać szczęścia jako solista, bez większego zresztą powodzenia - po okresie czasowego zamrożenia działalności, Republika odrodziła się w nowym składzie pod kierownictwem /.../ Grzegorza Ciechowskiego. /.../ Do tekstów przenika wiele zwrotów zaczerpniętych wprost z języka stworzonego na użytek środków masowej informacji. Zdaniem Ciechowskiego, jest to język niezwykle ekspresyjny i plastyczny, operujący powszechnie zrozumiałym skrótem, a użycie go w odniesieniu do zwykłych, codziennych sytuacji przynosi zadziwiające efekty. /.../ Republika to najlepszy debiut 1981, zwiastujący - być może pojawienie się nowej generacji polskich zespołów rockowych: inteligentnych, bacznie obserwujących świat i błyskawicznie reagujących na zachodzące w nim przemiany; wróżący - daj Boże - zmierzch wykonawców, nie pojmujących, że rock jest martwy, gdy funkcjonuje w oderwaniu od rzeczywistości".

1982

Luty: koncert Rock Blok w Hali Gwardii z udziałem Tadeusza Nalepy i TSA - Marzec: nagranie pierwszego singla dla Tonpressu w studio na Wawrzyszewie - Kwiecień: dwutygodniowa trasa na Śląsku wraz z Józefem Skrzekiem i zespołem Turbo - Lipiec, sierpień: przygotowania do nagrania pierwszego LP - Wrzesień: sesja nagraniowa na Wawrzyszewie; powstaje LP "Nowe Sytuacje" - Wrzesień - Grudzień: około 70 koncertów podczas gigantycznej trasy obejmującej Mazowsze, Wielkopolskę, Wybrzeże, Dolny Śląsk.

Trzeba było jak najszybciej otrząsnąć się z szoku i próbować coś robić. Zbyszek nie pogodził się z deportacją do Drawska i natychmiast rozpoczął zabiegi o powrót do Torunia. To był warunek konieczny, aby zespół mógł funkcjonować,. Kiedy tylko udało mu się uzyskać 7-dniową przepustkę, zameldował się u prorektora do spraw dydaktycznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika z prośbą o możliwość powrotu do akademika. Władze uczelni, jak większość społeczeństwa nie pogodzone z rygorami stanu wojennego poszły mu na rękę i szybko wyraziły zgodę. Zespół wznowić próby i to już było coś.

Następnie Paweł i Grzegorz też wystarali się o przepustki, aby pojechać do Warszawy. Andrzeja Ludewa znaleźli w nastroju dość minorowym, ale jednak nie beznadziejnym. Wspólnie doszli do słusznego wniosku, że stan wojenny nie będzie trwał wiecznie i nie należy opuszczać rąk, ale starać się kręcić coś, choćby w ograniczonym stopniu, wykorzystując wszelkie możliwości, jakie tylko pojawią się w tych warunkach. Dla wszystkich było jasne, że zespół musi trwać i nie może odejść w zapomnienie.

Dość szybko okazało się, że jakieś możliwości rzeczywiście istnieją. Władze stanu wojennego uznały widać, że nie da się za jednym zamachem zlikwidować całej kultury, że trzeba narodowi, oprócz polityki zostawić jakąś działkę, którą mógłby uprawiać. Padło na muzykę rockową. Snadź generałowie założyli -jak się wkrótce miało okazać, niesłusznie- - że to będzie wentyl najmniej niebezpieczny. Życie muzyczne, co prawda w znacznie okrojonej postaci. zaczęło się z wolna odradzać.

Jedną z pierwszych, jeśli nie pierwszą po grudniowej zapaści dużą imprezą, zorganizowaną przez Stołeczną Estradę, był Rock Block w Hali Gwardii. Koncert odbył się w lutym, a wystąpili: Republika, Tadeusz Nalepa z zespołem Oddział Zamknięty i grupa TSA, która była wówczas gwiazdą pierwszej wielkości. Zbyszek Krzywański ocenia, że zomowcy, którzy mieli pilnować porządku, stanowili 30% publiczności. Okazało się to za mało. Słuchaczy usadzono na krzesłach ustawionych na płycie boiska. Kiedy Republika zaczęła grać, wszyscy wstali, a ZOMO usiłowało posadzić ich z powrotem, niestety bez powodzenia. Ponieważ obie strony były uparte, rozpoczęła się lękka zadyma, która trwała już do końca. Ucierpiały głównie meble: kiedy Republika po koncercie opuszczała Halę Gwardii, minęła trzy sterty nierównej wielkości. Na najmniejszej leżały krzesła nadające się do naprawy, na średniej - części krzeseł mogące się jeszcze na coś przydać, na największej - złom, którym można było ewentualnie napalić w kominku.

Wkrótce po tym spektakularnym sukcesie, na początku marca przyszedł czas na nagranie pierwszego singla. Tonpress uruchomił właśnie nowe studio na Wawrzyszewie i tam miała odbyć się sesja. Realizatorem był Kuba Nowakowski i na nim, jak się wydawało, spoczywał obowiązek przygotowania wszystkiego, co niezbędne do nagrania. Tymczasem, wyznaczonego dnia, gdy zespół stawił się z samego rana z podstawowymi instrumentami - Grzegorz z fletem, Zbyszek z gitarą, Paweł z basem i Sławek z pałkami - okazało się, że na miejscu nie ma nic, przede wszystkim zaś zapału do pracy. Zdetonowani muzycy, którzy pierwszy raz znaleźli się w profesjonalnym studiu, nie bardzo wiedzieli, co jest grane i jak się należy zachować. Dłuższy czas czekali potulnie, aż się ktoś nimi zainteresuje, ale nie zanosiło się na to. Wreszcie zdesperowany Grzegorz bardzo uprzejmie zwrócił uwagę realizatorowi, że zespół jest w komplecie, gotowy i wypadałoby może zacząć coś robić. "Nie ma mowy" - krótko i stanowczo uciął Kuba, po czym wyjaśnił, że nie zaczną wcześniej, aż zjawi się Ludew z pieniędzmi. Okazało się, że realizator ma niezłomne zasady: bierze z góry!

Nieświadom niczego Andrzej Ludew, przekonany, że chłopcy od światu pilnie pracują, nie spieszył się bynajmniej i dotarł na Wawrzyszew dopiero około 14-tej. Po czym odbyły się krótkie pertraktacje z panem Nowakowskim, który wycenił swoje zaangażowanie na sumę równą honorariom wszystkich muzyków. Tak więc Republika wyszła na tym finansowo na zero, zaś pan Kuba niewątpliwie na plus, jeśli doliczyć jego normalne, ustawowe honorarium od macierzystego Tonpressu.

Także artystyczne wyniki jego pracy nie były imponujące. Nagrany wreszcie w takich bólach materiał, aby nadawał się na płytę, musiał powtórnie od początku zmiksować Wojtek Przybylski. Powstały trzy piosenki: "Kombinat", "Gadające głowy" i "Układ sił", z których na płycie znalazły Się ostatecznie dwie pierwsze. "Układ sił", oddany do Programu III, zadebiutował w poczekalni Listy Przebojów, po czym został zdjęty przez cenzurę, choć mógł być nadal wykonywany na koncertach. Żeby było śmieszniej - "Gadające głowy" miały akceptację cenzury na płytę i radio, ale nie miały na koncerty. Jedynym utworem z tych trzech nie obłożonym żadnym embargiem, był "Kombinat". Takimi to pokrętnymi ścieżkami chadzały decyzje Głównego Urzędu Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk, o którego istnieniu dziś już mało kto pamięta, a który był jednym z najpotężniejszych instrumentów władzy w PRL ...

"Kombinat", który podmienił na Liście Przebojów Trójki "Układ sił", znalazł się początkowo na miejscu 27, by po tygodniu awansować na 9-te, następnie na 3-cie i w czwartym tygodniu wyjść na prowadzenie.

Podczas gdy "Kombinat" wspinał się na pierwsze miejsce Listy, Republika, na przełomie marca i kwietnia, wyruszyła na dwutygodniową trasę koncertową po Śląsku, w towarzystwie Józefa Skrzeka i zespołu Turbo. Wtedy po raz pierwszy dobitnie ujawniła się siła działania promocji tak zwaną "pocztą pantoflową". Mimo całkowitej nieobecności w telewizji, której w stanie wojennym szanujący się artyści unikali jak ognia, mimo pierwszego dopiero sukcesu na antenie Trójki, Republika spostrzegła, że ma już coraz liczniejszą, wierną publiczność koncertową. Można zaryzykować twierdzenie, że już wówczas, spośród najbardziej zdeklarowanych zwolenników, wyłonił się trzon "stałego elektoratu" zespołu, który towarzyszy mu do dziś.

Można też sądzić, że właśnie wtedy Republika uzyskała w pełni poczucie własnej tożsamości, poczucie siły, dzięki czemu nabrała wiatru w żagle i zaczęła ostro przeć do przodu.

Zaraz po zakończeniu śląskiej trasy zaczęły się przygotowania do nagrania longplaya. Realizacji podjęła się wytwórnia Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego - Poljazz, która następnie odsprzedała prawa Poltonowi. W wyniku sesji, która odbyła się we wrześniu na Wawrzyszewie, powstały : LP Nowe sytuacje, wydany wiosną 1983 r., singiel Sexy Doll - Układ sił, wydany przez Tonpress w r. 1982 oraz dwa nagrania dla Programu III - "Telefony" i "Biała flaga". Trzy piosenki przygotowane na LP - "Zawroty głowy", "Lawa" i "Republika" - nie weszły na płytę, zatrzymane przez cenzurę. Realizatorem nagrań był Wojtek Przybylski.

Od tego momentu sukcesy Republiki zaczynają gnać i rosnąć na kształt lawy, czy może raczej lawiny, i przyprawiać o zawrót głowy. Już od października "Sexy Doll" i "Telefony" przez wiele tygodni okupują dwie pierwsze pozycje na Liście Przebojów Trójki, od czasu do czasu zamieniając się tylko miejscami. W listopadzie, z pominięciem poczekalni, od razu na 4-te miejsce Listy wchodzi "Biała flaga". Jednocześnie całą parą toczy się machina koncertowa. Jesień wypełnia Republice gigantyczna trasa, obejmująca Mazowsze, Wielkopolskę, Dolny Śląsk i Wybrzeże.

Zespół daje około 70 występów, nierzadko koncertując dwa razy dziennie. Wszędzie czekają tłumy entuzjastycznych fanów, i jeszcze większe - rozanielonych fanek, gotowych na najmniejsze skinienie któregoś z idoli wpaść w ekstazę. Czyhają też podstępni i natrętni dziennikarze; Grzegorz niemal codziennie udziela jakiegoś wywiadu. Są na ustach wszystkich.

Chłopcy kończą ten szaleńczy objazd na ostatnich nogach, ale co do jednego żaden z nich nie ma wątpliwości : teraz, na przełomie 1982/83 roku Republika jest wielka!

I jakkolwiek nieprawdopodobnie brzmi to dzisiaj, faktem jest, że to olbrzymie powodzenie żadną miarą nie przystawało wówczas do finansów. Przedsiębiorstwo Estrada, faktyczny państwowy monopolista w organizacji koncertów, płaciło wszystkim po równo znormalizowane, śmiesznie niskie stawki, zupełnie niezależnie od ilości sprzedanych biletów. Wytwórnie płytowe z kolei, zobligowane do realizacji odgórnie zatwierdzonych planów produkcyjnych i mające ograniczone "moce przerobowe", mogły wypuszczać tylko takie nakłady, jakie wynikały z rozdzielnika, choćby zapotrzebowanie było wielokrotnie wyższe. W tej sytuacji, czy kto w Polsce był Bitelsem, czy ostatnim trzecioligowym szarpidrutem, teoretycznie mógł zarobić tylko tyle, ile wynikało z normatywów, czyli tyle, co nic.

Naturalnie, jak we wszystkich innych dziedzinach, i tutaj życie znalazło praktyczne sposoby na ominięcie socjalistycznych bzdur. Wytrawni managerowie, od lat praktykujący w branży, dopracowali się solidnego systemu niezawodnych wybiegów, aby każdy mógł wyjść na swoje.

Sęk w tym, iż Andrzej Ludew nie był jeszcze wytrawnym managerem, a że konkurencja niechętnie dzieliła się swoimi sekretami, do wszystkiego musiał dochodzić własnym doświadczeniem. Na szczęście uczył się szybko, więc sytuacja miała się wkrótce poprawić. Niemniej fakt pozostaje faktem : na przełomie lat 1982/83 Republika już jest wielka, ale jeszcze biedna.

1983

Pojawia się road manager - Marzec: trasa z brytyjskim zespołem UK Subs - Koncert Rock Arena w Poznaniu - Kwiecień: ukazuje się LP "Nowe sytuacje" - Maj: trasa promocyjna nowej płyty - Wrzesień: trasa koncertowa na Pomorzu - Listopad: miesięczna sesja nagraniowa w studio na Wawrzyszewie; powstaje LP "Nieustanne tango" - Grudzień: prezentacja materiału z longplaya na Rockowisku w Łodzi.

Na początku 1983 roku powiększył się stan posiadania Republiki. To Ludew zaangażował nowego współpracownika road-managera, którym został Włodek Sztejnberg. Jeśli ktokolwiek wątpił początkowo w celowość tej inwestycji, szybko przekonał się, że nie ma racji. Sztejnberg sprawdził się, i w duecie z Ludewem byli bardzo skuteczni. Opracowali taktykę działania na zasadzie dobrego i złego policjanta, której rzadko kto potrafił się oprzeć. Najpierw do kontrahenta przychodził uprzedzająco uprzejmy, układny Andrzej i miło, sympatycznie, wśród wzajemnych ukłonów załatwiał z grubsza sprawę. Następnie jego miejsce zajmowało przeciwieństwo oschły, zasadniczy Sztejnberg stanowczo i rzeczowo przystępował do omawiania wszystkich warunków, finansowych oczywiście nie wyłączając. Na ogół obydwaj wychodzili zadowoleni, co nie dziwi, jeśli zważyć, że Włodek cieszył się pewną sławą w branży i nie darmo nosił ksywę "Krwiożerczy Sztejnberg".

W marcu Republika otrzymała propozycję trasy wespół z brytyjską grupą UK Subs. Zaczęto rozważać plusy i minusy. W tym czasie do Polski nie przyjeżdżali wykonawcy pierwszej wielkości, bo byli zbyt drodzy. Przyjeżdżały zespoły tańsze, nie dość jednak popularne, żeby ściągnąć wielką widownię. UK Subs nie byli bardzo znani; występowali dotychczas w klubach, nawet dużych, ale hala, to było dla nich nowe doświadczenie. Z drugiej strony - trasę zaplanowano imponującą: 16 koncertów, w tym dwie hale Wisły, hala sportowa w Łodzi, dwie Olivie, dwa Torwary, słowem - największe widownie w kraju. Republika, to jasne, miała być lokomotywą, która ściągnie publiczność, i po namyśle postanowiła to wyzwanie podjąć, zastrzegając jednak, że nie będzie występować jako przedgrupa.

Po negocjacjach Ludew uzyskał warunki, jakie w pełni satysfakcjonowały zespół: na plakacie obie formacje występowały jako równorzędne, z lekką nawet przewagą Republiki, bo zaznaczono, ze to ona prezentuje UK Subs, a nie odwrotnie.

Grupa UK Subs pochodziła z Londynu, a stanowili ją: Alvin Gibbs, Charlie Harper, Kim Wylie i Nicky Garret. Był także Dave Leaper, akustyk i jednocześnie realizator nagrań studyjnych, który później, w 1984 r. w Londynie miał miksować angielską wersję "Nowych sytuacji". Występy w Polsce okazały się dla nich ogromnym przeżyciem. Nigdy dotychczas nie spotkali się z tak liczną widownią, z wyjątkiem epizodu amerykańskiego, gdy grali jako support przed koncertem bardzo popularnego zespołu "Ramones". Ale wówczas widownia liczyła 3 tysiące ludzi. W Łodzi przybyło 10 tysięcy. Nic dziwnego, że UK Subs po prostu zwariowali: biegali po scenie, wskakiwali na wzmacniacze, wdrapywali się na kolumny. Był to dla nich totalny szok i było im cudownie. Republikanie taktownie nie wdawali się w rozważania, ile procent tej widowni przyszło wyłącznie dla nich. Ale swoje wiedzieli: Magnesem byliśmy my - wspomina Krzywy. - W tym czasie obciachem było nie znać Republiki. A Anglicy ściągali około 30% ludzi. I tak na całej trasie, a trasa była potężna. Pierwszego dnia Kraków, drugiego koncert na Śląsku, trzeciego dnia Łódź, czwartego Gdańsk, później Olsztyn - potworne przerzuty. Ale byliśmy młodzi, nie czuliśmy

zmęczenia, a oni okazali się znakomitymi facetami i zaprzyjaźniliśmy się. W sumie było bardzo sympatycznie, a poza tym zarobiliśmy na tyle przyzwoite pieniądze, że byliśmy zadowoleni.

Pośród nostalgicznych wspominków Zbyszka Krzywańskiego o tym turnee pojawiła się jednak kropla dziegciu w postaci mniej przyjemnego epizodu, jaki miał miejsce w hotelu Unia w Lublinie. Po koncercie, gdy zdrowy trzon zespołu udał się na zasłużony wypoczynek, kilku członków grupy technicznej, która liczyła około 30 osób, nieco narozrabiało. Mniejsza o szczegóły - dość, że szwank poniosły aparat telefoniczny oraz okazała palma zdobiąca hotelowy hall. (To była palma, która nam odbiła - zgryźliwie wtrąca w tym mejscu Grzegorz). Rozpętała się z tego poważna afera, która zaowocowała kilkoma pełnymi oburzenia artykułami w gazetach, a także zakazem wstępu dla zespołu wydanym przez niektóre hotele orbisowskie. I choć wkrótce wszystko rozeszło się po kościach, jednak tego typu incydenty zostawiały zawsze jakiś ślad, który mógł być w razie potrzeby w przyszłości przywołany przez kogoś, kto chciałby zespołowi zaszkodzić, a tacy zawsze się znajdą.

Akurat z zakończeniem tej pełnej wrażeń trasy zbiegło się wejście na rynek LP "Nowe sytuacje". W tej nowej sytuacji, po krótkim odpoczynku i odpowiednio hucznym uczczeniu ukazania się pierwszej dużej płyty, Republika na początku maja wyrusza w trasę promocyjną zapoczątkowaną w Elblągu. Płyta sprzedaje się rewelacyjnie. W ciągu pierwszego miesiąca

rozchodzi się 260 tys. egzemplarzy, i to pomimo zaporowej ceny, która wynosiła 700 zł., podczas gdy krążki innych zespołów kosztowały w tym samym czasie około 160.

Jednocześnie, dzięki wielkiej popularności, dzięki olbrzymiej frekwencji, jaką gwarantował zespół, można było przeznaczać na realizację koncertów coraz większe środki. Już w trakcie tej trasy były one praktycznie niemal nieograniczone i chłopcy nie omieszkali z tego skorzystać. Konwój, którym poruszali się teraz po kraju, składał się z trzech ciężarówek i dwóch autobusów. Forma ich koncertów mogła być taka, jak sobie wymarzyli, ze starannie zaplanowaną scenografią, z precyzyjnie przygotowanymi światłami. Z tych trzech ciężarówek, jedna woziła same tylko światła. A zajmował się nimi spec nad spece - Arkadiusz Jarosz, fachowiec i pasjonat, który stworzył - jak powiada Grzegorz - departament światła, spełniający na koncertach funkcję równoległą i niemal równorzędną z muzyką. Wszystko to było sterowane ręcznie, a tak pieczołowicie dopracowane, tak perfekcyjnie wyreżyserowane, że absolutnie porównywalne z obecnymi realizacjami komputerowymi. W końcu nie bez kozery taki koneser, jak Piotr Kaczkowski, podczas poznańskiej Rock Areny '83 - co skrzętnie zanotował w pamięci Krzywy westchnął, że jest to dla niego największe przeżycie od czasu koncertu " Wall " Pink Floydów.

A cóż dopiero nastolatki! Problem nastolatek zawsze jest trochę dwuznaczny: z jednej strony uwielbienie takich młodziutkich panienek oczywiście człowieka kręci, ale z drugiej - może stać się przyczyną pewnych niedogodności, zwłaszcza jeśli występuje w nadmiarze. Grzegorz mówi, że jeśli ich zachowania są tak histeryczne, jak były wtedy, gdy zgromadzone pod estrada wolały w ekstazie ;, Grzesiuniu ", "Zbysiuniu" itd., wyzwalało to naturalnie reakcje ich rówieśników. W publiczności nie było miejsca na żadne uczucia, prócz skrajnych: miłości i nienawiści, a moja słynna grzywka stała się przedmiotem pożądania wszystkich punkrockowców, którzy marzyli, aby dopaść mnie i obciąć ten symbol mojego magicznego wpływu na ich dziewczyny. Oczywiście nic takiego nie było możliwe; bo byłem już dorosłym facetem i musieliby mnie zabić, aby obciąć mi grzywkę, ale bardzo ich to frustrowalo i odetchnęli, kiedy ściąłem ją sam i pokazałem się po raz pierwszy z włosami postawionymi na sztorc.

- Oczywiście przy tej okazji - dodaje Zbyszek - używali sobie, ile wlezie. Natychmiast po kraju rozeszła się fama i stworzono mit, że nareszcie punkom udało się dorwać Grzegorza i ostrzyc go...

- To było dla nich coś w rodzaju symbolicznej, rytualnej kastracji Ciechowskiego - podsumowuje Ciechowski. - Niejaki doktor Freud mógłby na ten temat powiedzieć coś więcej.

Jakby na przekór temu entuzjazmowi widowni, Republika na scenie była zawsze powściągliwa. Celowo stworzony surowy image zespołu miał kierować uwagę przede wszystkim na siłę przekazu, na muzykę i tekst; nie do pomyślenia była jakakolwiek kokieteria. Nie byli showmanami, którzy chcą wchodzić w interakcję, czy zażyłość z publicznością. Zachowując pozorny dystans, osiągali efekt taki, że niektóre koncerty graniczyły ze stanem zbiorowej hipnozy.

Tak było podczas poznańskiej Rock Areny, tak było podczas innych występów wiosną i latem 1983 roku i tak samo w trakcie rozpoczętej we wrześniu trasy pomorskiej. W tym czasie zaczęło się przygotowywanie materiału na drugą płytę i na tej trasie Republika grała już między innymi "Nieustanne tango" i "Psy Pawłowa".

Nagrywanie nowej płyty trwało przez cały listopad. Sesja odbyła się w studio na Wawrzyszewie, a realizatorem był Sławek Wesołowski. Płytę, która miała ukazać się w następnym roku, wydał Polton w skandalicznie zaniżonym nakładzie.

W grudniu Republika wystąpiła na Rockowisku w Łodzi, prezentując po raz pierwszy cały materiał z LP "Nieustanne tango". Koncert, który zapowiadał się fatalnie z powodu szwankującej techniki, przebiegł nadspodziewanie udanie. Publiczność, nie bacząc na kłopoty z aparaturą, przyjęła zespól bardzo gorąco, a krytycy na ogół nie szczędzili słów uznania, a nawet komplementów.

Na domiar wszystkiego, gdy syci chwały Republikanie w powrotnej drodze zabawiali się słuchaniem Programu III, dowiedzieli się, że na pierwsze miejsce Listy Przebojów wszedł właśnie utwór "Nieustanne tango".

Czegóż więcej wymagać od życia?...

1984

Angielska wersja "Nowych sytuacji", czyli LP "Republika " 1984" - 20 ważnych koncertów - Czerwiec/ lipiec: duński festiwal Roskilde '84 - Sierpień: fiński Ruis Rock Festiwal w Turku - 5 września: Grzegorz zostaje artylerzystą Październik/listopad: przygotowanie widowiska "Republika Rzecz Publiczna" - Wychodzi LP "Nieustanne tango" - 29 grudnia: premiera widowiska w Teairze Wielkim w Łodzi.

Republika zawsze przywiązywała ogromną wagę do tekstów. Przypomnijmy sobie, co mówił Grzegorz jeszcze w czasie, kiedy grał z Castorem. Traktował śpiewanie przede wszystkim jako formę publikowania myśli, jako możliwość dotarcia z własną poezją do większej liczby odbiorców, niż byłoby to możliwe poprzez druk. To podejście do słuchacza przeniosło się na wszystkich członków zespołu i pozostało z nią na zawsze: zespół chce nie tylko dawać mu przeżycie estetyczne, ale także kształtować go, a w każdym razie prowokować do głębszej refleksji.

- Najważniejsze, w pozamuzycznych działaniach Republiki - mówi Grzegorz - było to, że młodzi ludzie zaglądali bardzo głęboko w nasze teksty. Jeśli, na przykład, podałem w wywiadzie informację, że właśnie czytam Orwella "Rok 1984 ", to natychmiast odbywał się najazd na wszystkie biblioteki i poszukiwanie tego tytułu. Oczywiście, panie w bibliotekach były przerażone, bo książka była na indeksie. Trzeba więc było szukać innych dróg dotarcia do tekstu i myśmy te szlaki przecierali. Doszło do tego, że gdy w Wolnej Europie czytane były w odcinkach "Folwark zwierzęcy" i " 1984 " Orwella, fanki nagrywały to na taśmę, a potem przepisywały do zeszytów, powielały, wymieniały to między sobą i kompletowały z benedyktyńską cierpliwością, słowem, tworzył się jakiś "trzeci obieg" literatury oficjalnie w owym czasie zakazanej.

- Naturalnie, tam, gdzie to było możliwe - dodaje Zbyszek - ludzie znajdowali też drogę do drugiego obiegu, do niezależnych oficyn, które tę literaturę wydawały.

- A więc robiliśmy tę swoją krecią robotę, głównie poprzez Trójkę i wywiady w gazetach, bo przecież w dalszym ciągu Republika nie istniała w telewizji. Dla mnie to byłby obciach estetyczny. To, co działo się wtedy w TV, było takim gnojowiskiem, że nie mogliśmy się tam pokazać. Pozostawały koncerty i Program III, ale to była olbrzymia siła. Przez kilka lat mieliśmy fantastyczne możliwości: kiedy nasz utwór, wyemitowany w piątek, już w sobotę był na pierwszym miejscu Listy Przebojów - jak to się stało na przykład z "Ciałem" - nie było wątpliwości, że słuchają nas wszyscy. Przy takiej okazji można kilka rzeczy zrobić i staraliśmy się z tego korzystać.

- Jestem pewien, że dla promocji Orwella w Polsce, zrobiliśmy więcej, niż prasa podziemna.

- O "Nowych sytuacjach" mówiłem w wywiadach wprost, że jest to poetyka orwellowska i w związku z tym dzieciaki, chcąc nie chcąc, musiały docierać do istoty tego, co to jest. Ale nie kończyło się tylko na Orwellu. Zawsze starałem się prowadzić świadomą politykę. W co drugim z mnóstwa listów, jakie do nas przychodziły, powtarzało się pytanie, co czytać. Lansowałem więc oczywiście własne fascynacje literackie, jak to było choćby z Vonnegutem.

- I jak wygląda, w odniesieniu do nas, ta rozpowszechniona w czasie stanu wojennego teoria socjotechniczna, że niby najpopularniejsze zespoły rockowe są rodzajem sterowanego odgórnie wentyla dla sfrustrowanej młodzieży?

- Otóż to, nie brakowało przecież wówczas głosów, że jesteśmy narzędziem junty, niemalże jednym z filarów władzy!

- To śmieszne. Zawsze uznawaliśmy, że twórca jest odpowiedzialny, za to, co robi. I mamy całkowicie czyste sumienie - podsumowuje Zbyszek.

Tymczasem ów orwellowski rok 1984 zapisał się w dziejach zespołu wydaniem dwóch płyt, w tym pierwszej anglojęzycznej. W pewnym sensie obydwie nie spełniły pokładanych w nich nadziei, choć z zupełnie różnych powodów.

Firma fonograficzna Mega Organization, założona przez Grzegorza Kuczyńskiego i brytyjczyka Dave Leapera, postanowiła wypuścić na rynek anglosaski płyty TSA, Republiki i Lady Pank. Republikanie wzięli się za przygotowanie anglojęzycznej wersji "Nowych sytuacji" z wielką energią i błyskawicznie zrealizowane nagranie było gotowe już latem. Wkrótce zaistniało na rynku angielskim w postaci LP Republika 1984, między innymi w kilku liczących się sklepach londyńskich i rozchodziło się zupełnie dobrze. Niestety związane z płytą rozległe plany promocyjne nie doczekały się realizacji, a szkoda, bo były nad wyraz kuszące. Na początek Republika miała wystąpić w drugim programie BBC, w prestiżowym programie "The Tubs". Potem przewidziana była tura koncertów w Wielkiej Brytanii, a następnie trasa po Europie, początkowo jako support słynnej grupy U2. Żadne z tych zamierzeń nie doszło do skutku, ponieważ Grzegorz w międzyczasie znalazł się w wojsku.

Druga płyta - zarejestrowane poprzedniej jesieni Nieustanne tango - ukazała się pod koniec roku, ale powiedzmy sobie od razu, że też nie było to, o co chodziło, tym razem za sprawą wydawcy. Firma Polton zmieniła właśnie

dyrektora, którym został Bronisław Tomaszewski, nawiasem mówiąc późniejszy szef LOT-u, a więc, jak widać, człowiek o wszechstronnych zainteresowaniach. Wraz z dyrektorem zmieniła się polityka wydawnicza firmy, wskutek czego Polotn, już w trakcie realizacji płyty, wycofał się z wcześniejszej umowy. W rezultacie wypuszczono tylko niecałą połowę podstawowego nakładu i odstąpiono od wydania dalszego ciągu. Odstąpiono też od zapłacenia dalszego ciągu należnych zespołowi pieniędzy. Sprawa znalazła się w sądzie i została przez Republikę przegrana, nie dlatego, iżby Republika nie miała racji, ale dlatego, że jej prawnik był "za cienki Bolek", żeby podskoczyć takiemu potentatowi, jakim wówczas był Polton. Jakby stawiając kropkę nad "i", aby jeszcze gorzej przysłużyć się zespołowi, Polton opakował płytę w szmatławą okładkę ze zwykłego bristolu.

Efekt tego wszystkiego był taki, że "Nieustanne tango" zniknęło z rynku niemal niezauważone.

Te, nie do końca udane przedsięwzięcia fonograficzne, sprawiedliwy los sowicie powetował Republikanom w życiu estradowym. Wiosną i latem odbyło się około 20 dużych i ważnych, bardzo gorąco przyjętych przez publiczność koncertów w różnych miejscach całego kraju. Recenzje były na ogół bardzo dobre, chociaż już tu i ówdzie niektórzy krytycy, jakby zniecierpliwieni pasmem nieustannych sukcesów zespołu, zaczynali szukać dziury w całym. Przy czym charakterystyczne było to, zresztą nie tylko w tym przypadku, że najbardziej wybredni stawali się często niedawni najwięksi entuzjaści, potwierdzając własną postawą trafność porzekadła, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

Na przełomie czerwca i lipca Republika wyjechała do Danii na festiwal Roskilde '84 i przeżyła tam coś, czego trudno się było spodziewać.

Olbrzymia, siedemdziesięciotysięczna publiczność przyjęła grupę rewelacyjnie, jak starych, dobrych znajomych. Na dodatek Grzegorz i Zbyszek zostali poproszeni przez dziennikarza z Hamburga o wywiad, który następnie wykorzystało publiczne Radio Kopenhaga. Honorarium za to nagranie wyniosło niebagatelną na owe czasy sumę 150 dolarów, wystarczającą na przedłużenie zespołowi o trzy dni pobytu na "zgniłym Zachodzie". Chłopcy przebukowali bilety powrotne i znaleźli wygodne zakwaterowanie w niezłym hoteliku, w tak zwanym tanim miejscu, czyli, powiedzmy to sobie bez ogródek - w kopenhaskiej dzielnicy burdeli i sexshopów. Dla przybyszów zza żelaznej kurtyny, z przaśnej prowincji, jaką była natenczas Polska, było to miejsce nader egzotyczne. Gdy zwiedziwszy przez te trzy dni, co tylko się dało, chłopcy wychodzili właśnie z hoteliku śpiesząc na samolot do kraju, natknęli się, w sercu tej dzielnicy zakazanych uciech, na dwóch niezmiernie czemuś smutnych panów, którzy niespodziewanie zagadnęli ich najczystszą polszczyzną: "A co, nie wróciło się w terminie do ojczyzny? Zostało się dłużej, tak?..."

Tak więc, wszechobecne oko peerelowskiej bezpieki czuwało nad nimi i tutaj...

Na szczęście bezpieka okazała się pobłażliwa, z sobie tylko wiadomych względów przymknęła oko na to poważne wykroczenie i już w miesiąc później pozwoliła im wyjechać ponownie, tym razem do Finlandii na Ruis Rock Festival odbywający się w Turku. Muzycznie impreza była równie udana jak poprzednia, zaś pod względem przeżyć pozaestradowych - znacznie mniej gorąca, jako że Finlandia, to kraj dużo mniej rozpasany niż reszta Skandynawii. Tak, że z uciech cielesnych Republikanie zażywali tam głównie sauny.

Festiwal w Turku odbył się w sierpniu, a już 5 września Grzegorz znalazł się w wojsku, i to nie byle jakim, bo w artylerii. Właściwie jeszcze dzień wcześniej nie traktował tego zagrożenia poważnie, nie przyjmował do wiadomości, że to jest jak najbardziej realne. Składał nawet buńczuczne oświadczenia w jakichś wywiadach prasowych, że to niemożliwe, że on do wojska na pewno nie pójdzie. Do ostatniej chwili liczył, że uda mu się jakoś wyślizgać. Nie udało się.

Po krótkim pobycie w jednostce w Toruniu kanonier Ciechowski został rozkazem dziennym przeniesiony do Łodzi, a tam czyhała już grupa ludzi, którzy sprzysięgli się, by odmienić jego żołnierski los. Były to osoby związane z Teatrem Wielkim w Łodzi - przede wszystkim jego dyrektor Sławomir Pietras, Ewa Wycichowska i związani z nią Jacek Skalski i Wojciech Maciejewski. Za ich sprawą rozpoczęła się realizacja widowiska baletowego z Republiką, i oczywiście kanonierem Ciechowskim, w roli głównej. Spektakl zatytułowany "Republika - Rzecz Publiczna" przygotowano w Teatrze Wielkim, z librettem Ewy Wycichowskiej według "Wyludniacza" Samuela Becketta i muzyką Republiki. Rzecz była gotowa na koniec roku. 29 i 30 grudnia odbyły się premiery dla publiczności "abonamentowej", a w Sylwestra - premiera otwarta.

Nietrudno wyobrazić sobie, jakie odgłosy wywołało to wydarzenie: oczywiście skrajnie przeciwstawne. Właściwie nie spotykało się opinii umiarkowanych, a tylko albo entuzjastyczne, albo potępiające w czambuł. Wśród tych pierwszych dominowało zdanie, że oto wreszcie ktoś miał odwagę tchnąć nowego ducha w starą, skostniałą strukturę, ożywić wiekowe, oczywiście szacowne, ale z lekka zmurszałe mury, no, jednym słowem - przewietrzyć. Te drugie parskały z oburzeniem, że kto śmiał tu zrobić taki przeciąg, tak namieszać w tych, być może nieco zmurszałych, ale przecież szacownych murach, tak potrząsnąć, no może lekutko skostniałą, ale jakże przecie nobliwą strukturą, toż to czysta kontestacja, profanacja i - nie bójmy się tego słowa - zadyma! Fuj !

Nigdy dotychczas żadna "republika" tak poważnie nie naruszyła starego porządku. A najkapitalniejszą mikrorecenzję sformułował pewien wyraźnie zadowolony starszy pan, który opuszczając widownię po spektaklu osadzał w uchu aparat słuchowy: "Pierwszy raz od lat słyszałem wszystko wyraźnie, bez tej przeklętej protezy!"

1985

Styczeń: przygotowania do rejestracji nowej płyty - Luty: cztery koncerty i uroczysty bankiet w Riwierze z okazji wręczenia Złotej Płyty za LP "Nowe Sytuacje" - Marzec: duża trasa na Pomorzu Zachodnim i na Śląsku - Czerwiec: koncert w Rock Arenie - Lipiec: Grzegorz wraca do cywila - Sierpień: pamiętny koncert w Jarocinie - Wrzesień: nagranie singla "Sam na linie - Moja krew" - Rozstanie z Andrzejem Ludewem.

Widowisko baletowe ,;Republika - Rzecz ' Publiczna", którego realizacja stała się nowym ważnym doświadczeniem artystycznym, przyniosło też, poza wszystkim innym, istotny skutek uboczny: kanonier Ciechowski uzyskał w wojsku szczególny status, o jakim zwyczajni, mniej muzykalni kanonierzy nawet pomarzyć nie mogą. Nie musiał mieszkać w koszarach, mógł brać udział w próbach i koncertować. Życie zespołu mogło toczyć się prawie normalnie.

Natychmiast po skończeniu pracy nad "Rzeczą Publiczną" Republika zabrała się za przygotowywanie nowego materiału, z myślą o kolejnej płycie. W tym okresie powstały między innymi tak ważne utwory, jak "Klatka" i "Ciało", które nagrane w lecie dla Programu III natychmiast znalazły się na pierwszych miejscach Listy Przebojów. Te, należące do największych hitów piosenki, grywane są do dziś na koncertach.

W międzyczasie, w lutym, nastąpiło wydarzenie wielkiej wagi, lub, jeśli ktoś woli terminologię artyleryjską - dużego kalibru: Republika otrzymała Złotą Płytę za LP Nowe Sytuacje. Uroczystość przygotowano z odpowiednią do okoliczności pompą. Uświetniły te obchody cztery entuzjastycznie przyjęte koncerty w Riwierze, i nader wystawny bankiet, w całości ufundowany przez Polton. Oczywiście nie zabrakło przy tej okazji złośliwych, którzy twierdzili, że wytwórnia chce tym sposobem osłodzić nieco zespołowi gorzką pigułkę, jaką był niewypał z wydaniem "Nieustannego Tanga"... Jak było naprawdę, trudno dziś orzec, faktem wszakże pozostaje, że bankiet był okazały, a cała impreza stała się wielkim spektakularnym sukcesem Republiki.

Niedługo po nim, w marcu, zespół ruszył w dużą trasę koncertową, obejmującą Pomorze Szczecińskie oraz Śląsk. A jak wówczas bywało na trasach?

- Bywało tak, że jak Bozia przykazała - siusiu, paciorek i spać - skromnie spuszczając oczy bajeruje Zbyszek.

- Z rzadka... - Grzegorz marszczy czoło, jakby nie mógł sobie przypomnieć.

- Z rzadka, ale bywało - upiera się Krzywy.

- To już chyba myślisz o jakiejś kompletnej dziurze...Prawdę mówiąc, nie pamiętam - oponuje Ciechowski.

- A i owszem, zdarzały się i takie - Zbyszek najwyraźniej postanowił iść w zaparte. - Ale i w najgorszej dziurze przeważnie jest jakiś porządny hotel. A że Ludew zawsze załatwiał najlepsze hotele, więc na ogól były baseny, sala bilardowa, te rzeczy... - Widząc pełne rozbawienie na twarzach wszystkich słuchaczy, Zbyszek z lekka się mityguje i dodaje pojednawczo:

- No, jeśli chodzi o wódeczkę, to oczywiście nie można powiedzieć, że byliśmy abstynentami, ale nie, żeby jakieś tam straszne ilości, w żadnym wypadku. O narkotykach w ogóle nigdy nie było mowy.

- No, a kobitki? - podjudza Alex Stach.

W tym miejscu konsternacja Krzywego sięga zenitu. Rozpaczliwie usiłuje ratować sytuację:

- Oczywiście, byliśmy wtedy diabelnie popularni, nie da się ukryć. Nastolatki często rozpoznawały nas na ulicy i czasem robiło się trochę zamieszania...

- Kiedyś idę sobie w Łodzi w pełnym słońcu - podejmuje Grzegorz - i nagle słyszę za sobą tupot kilkudziesięciu nóg. Myślę sobie - cholera, znowu jakaś klasa mnie dorwała i teraz przez pół godziny będę dawał autografy. A oni, okazuje się, biegli do tramwaju! Tak się spieszyli, że nikt mnie nie zauważył: ja stoję taki skulony, a ci polecieli dalej...

- Ale czasami bywało, że po koncertach chyłkiem uciekało się z sali - ożywia się Zbyszek. - Kiedyś o mało nie złamałem nogi, bo miałem śliskie buty. Fani polowali na pamiątki, i to wszelkiego rodzaju, bodaj na nasze niedopałki, a zdarzało się, że dziewczyny prosiły, żeby wyrwać dla nich choćby włos.

- Z tym, że była żelazna zasada: nie ruszać fanek. To były młodziutkie panienki, jeszcze w wieku prokuratorskim, ale nawet nie to było decydujące, lecz nasze wewnętrzne przekonanie, że byłoby nie fąir wykorzystywać jakieś ich zauroczenie do tych celów. To była sprawa etyki.

- Zdarzało się, że do hotelu przychodziła piętnastoletnia dziewczyna po autograf. Więc się jej go dawało i do widzenia. - wtrąca Zbyszek.

- Kiedyś przyszła do mojego pokoju dziewczyna kontynuuje Grzegorz - bardzo fajna, ładna, może 16-letnia. Zaciągała trochę po śląsku, co ma dla mnie swój urok. Po ceremoniale autografowym mówi, że nie może być ze swoim chłopakiem i że absolutnie musi spełnić się to, o czym marzy od dawna, to znaczy musi wylądować w moim łóżku. Ja, dwudziestoośmioletni wówczas facet, patrzę na to dziecko i pytam: Jak sobie to wyobrażasz? Łapię ją za tyłek - chcesz, żeby tak było? Może mam zgasić światło? - gaszę, a ona coraz bardziej wystraszona. Może wolisz w łazience? - prowadzę ją tam - Teraz lepiej? Jesteś w nastroju? Ona mówi nie, a wtedy ja - no widzisz, więc może jednak wróć do swojego chłopaka... Było wiele sytuacji, gdzie możnaby takie rzeczy wykorzystać, ale nigdy tego nie robiliśmy.

- No tak, ta łatwo dała się spławić, ale czy nie trafiały się bardziej zdecydowane i uparte? - naciska Alex Stach.

- Trafiały się... - Grzegorz dla osłody opowiada jeszcze jedną historię. - Któregoś dnia mieliśmy próbę w Odnowie. Panował wtedy zwyczaj, że fani mogli słuchać prób, ale tylko z zewnątrz. Tymczasem wchodzi nagle na salę dziewczyna, młodziutka, chyba z 15 lat, i staje na środku. Kończymy grać i mówię do niej: słucham. Ona odpowiada: no tak, powinnam się tego spodziewać. Czego? - pytam. No, że tak na mnie zareagujesz. Myślę sobie, o psiakrew, zdaje się, że jakaś grubsza sprawa, ale mówię spokojnie: powiedz szybko, o co chodzi, bo, widzisz, nie mamy czasu, próbujemy. Nie macie czasu - ona na to - tego też się mogłam spodziewać. Zaczęło mnie to intrygować, bo byłem pewien, że widzę ją pierwszy raz w życiu, ale już zaczęły się wkradać wątpliwości. Co się stało? - pytam. A ona: To się stało, mój drogi, że będziemy mieli dziecko. Trochę mnie zamurowało, ale pytam, kiedy się spotkaliśmy. Nie pamiętasz? - i podała lipcową datę spotkania w Koszalinie. Ja panicznie grzebię w pamięci, gwałtownie szukam alibi, i olśnienie - w tym czasie byliśmy za granicą. Już spokojniej proszę, żeby przypomniała jak to było. Przyszedłeś do mojego namiotu - opowiada - mówiłeś mi różne piękne : rzeczy, no a potem, to już wiesz... Wydaje mi się, że miałeś inny kolor oczu, ale to pewnie musiały być szkła kontaktowe... Pomyślałem, że są dwie możliwości: albo ona urządza taki happening, albo ktoś podał się za mnie. Diabli wiedzą czy rzeczywiście była w ciąży, ale zrobiło mi się jej żal. Wtedy ona nagle zdała sobie sprawę, że to nie byłem ja i zaczęła dygotać i płakać. Skończyło się na uspokajaniu, pocieszaniu i obietnicy że postaram się jej pomóc. Dałem jej swoje namiary, bo rzeczywiście byłem gotów coś dla niej zrobić, ale nie odezwała się więcej... Więc widzisz, były też takie historie. Często i ja, i chłopaki z zespołu braliśmy udział w aferach, o których nikt z nas nie miał pojęcia, bo nigdy naprawdę nie miały miejsca. Natomiast krążyły legendy.

- O których nie raz i nie dwa różni anonimowi "życzliwi" informowali nasze żony - dodaje Zbyszek i podsumowuje filozoficznie - ale cóż, to część ceny, jaką się płaci za popularność.

A popularność zespołu ugruntowała się od dłuższego czasu na najwyższym poziomie. Obciachem było nie znać Republiki. Ale też, w niektórych środowiskach, obciachem było być fanem Republiki. Społeczności nastolatków podzieliły się, z grubsza biorąc, na zwolenników Republiki i fanów Lady Pank: tam, gdzie jedni z nich byli w znacznej przewadze, drudzy nie mieli łatwego życia. To zróżnicowanie pokrywało się w dużej mierze z podziałem na punków i poppersów,

których pokojowe współistnienie było zgoła niemożliwe, a już zwłaszcza podczas koncertów, gdzie dochodziło nierzadko do poważnych zadym.

Uczucia do Republiki wśród punkowców, którzy początkowo okrzyknęli ją swym zespołem kultowym, ochładzały się coraz gwałtowniej od chwili, kiedy zaczęła przybierać postać grupy ekskluzywnej . Ale do występu na festiwalu w Jarocinie w r. 1982 było jeszcze jak cię mogę. W 1983 Republika do Jarocina nie pojechała, i to już wzbudziło wyraźną niechęć, ale kiedy nie pojechała również w 1984 - tym razem z powodu choroby jednego z muzyków nastąpiła prawdziwa eksplozja oburzenia i nienawiści. Odbyły się ekscesy i demonstracje z niszczeniem płyt, paleniem pasiastych flag i plakatów zespołu. Na takie łakome kąski czyhali oczywiście, jak sępy, żądni krwi dziennikarze. Niektórzy, gdy kontestatorom zabrakło chwilowo symboli do poniewierania, szybko dokupywali je za własne pieniądze i proponowali powtórkę w celu uzyskania lepszego ujęcia kamerą. Demonstranci naturalnie nie dawali się długo prosić i w ten sposób spirala morderczych instynktów nakręcała się samoczynnie.

W tej sytuacji łatwo zrozumieć, że gdy w roku 1985 Republika zdecydowała się jednak podnieść rękawicę i zagrać w Jarocinie, napięcie po obu stronach barykady sięgnęło punktu krytycznego. Krzywy szacuje, że z 20 tysięcy ludzi obecnych na festiwalu, około 3/4 szykowało się do regularnego linczu.

Był to ostatni koncert festiwalowy. Po Republice miał grać już tylko zeszłoroczny laureat, zespół Niepodległość Trójkątów.

Widownia wrzała, wisząca w powietrzu nienawiść czuło się namacalnie.

Zapowiadający koncert Piotrek Nagłowski, wyraźnie zmieszany (żeby nie powiedzieć - przerażony) zapytał: Jak mam was zapowiedzieć? - Normalnie. Powiedz Republika i tyle - odrzekł z godnym podziwu spokojem, nieco tylko przybladły Grzegorz. Piotrek wyszedł na scenę, wypowiedział słowo "Republika" i... musiał uciekać co tchu. Rozległ się huraganowy, zagłuszający wszystko gwizd. Zespół zamknął oczy i ukazał się publiczności. Posypały się pomidory, zgniłe jaja, użyto wypróbowanej, jednej z najsilniejszych broni masowego rażenia: plastikowych torebek ze starą, dobrze wyleżakowaną na słońcu maślanką. Zapowiadało się uroczo.

- W tym momencie - powiada Grzegorz - odezwała się we mnie natura buldoga. Stanąłem na krawędzi sceny, chłopaki tuż za mną. Byłem wściekły, ale postanowiłem, że zagramy z całą bezwzględnością.

Nagle jeden z pomidorów, rzucony szczególnie celnie trafił w ukochany instrument Ciechowskiego, Yamahę DX7, i to tak nieszczęśliwie, że rozprogramował ją. Trzeba się było nastroić, a przez ten czas nienawiść publiki nadal rosła. Na domiar złego nastąpił teraz kiks techniczny. Otóż pierwszy utwór, "Mówca", miał rozpocząć się przygrywką z taśmy. Roztrzęsiony akustyk przy konsolecie pomylił "z nerw" strony kasety i puścił coś zupełnie innego.

Widownia wyła w takiej ekstazie, że było ją słychać na parę wiorst wokoło. Ponoć w okolicznych wioskach następnego poranka krowy nie dały mleka, a niektórym gospodyniom to i kury przestały się nieść...

Wreszcie Republika zagrała.

Po trzecim, czwartym utworze publiczność zaczęła się uspokajać. Cichło. Umilkły gwizdy. Zapanował spokój, a po dalszych kilku minutach dotychczasowy nastrój zaczął przekształcać się we własne przeciwieństwo.

Od nienawiści do miłości jeden krok. Ten krok został zrobiony i Republika zrozumiała, że zwycięża. Po ostatnim utworze, którym była "Moja krew", zapadła chwila ciszy, jak makiem zasiał, a potem zagrzmiało entuzjastyczne, dwudziestotysięczne "Sto lat!". Teraz ludzie nie chcieli wypuścić zespołu ze sceny, ale bisów nie było.

Ten słynny koncert do dziś wywołuje wśród chłopaków emocje; w pamięci każdego z nich pozostaje jako coś żywego i ważnego. Warto nieraz - mówi Zbyszek - grać i dziesięć lat bez żadnego sukcesu, aby zagrać jeden taki koncert, gdzie czterech facetów kładzie na łopatki 20 tysięcy ludzi i z nienawiści przekabaca ich na totalną miłość.

Zaś Grzegorz podsumowuje: Owszem, niewątpliwie zwyciężyliśmy wysoko, i to w bezapelacyjnym stylu, ale to nie zmienia faktu, że podczas całego koncertu towarzyszyło mi poczucie krzywdy, jakiegoś zła, którego doświadczam niezasłużenie. Teraz myślę, że bez tej agresji widowni występ nie byłby tym, czym się stał: wydarzeniem. Był to jeden z najlepszych koncertów Republiki. Uzyskaliśmy poczucie wygranej, i to wygranej na miarę Dawida, który pokonał Goliata. Gdy graliśmy "Moją krew" publiczność oszalała i to była nasza satysfakcja. Ale cała ta sytuacja spowodowała moje niezmienne postanowienie, że będzie to nasz ostatni występ w Jarocinie. Nie chciałem więcej uczestniczyć w czymś, co pozostawia niesmak.

Aby zamknąć bilans 1985 roku należy jeszcze wspomnieć o dwóch, zresztą zupełnie różnych, wydarzeniach brzemiennych w skutki.

Pierwszym było nagranie singla "Sam na linie" - "Moja krew"; obie piosenki utrzymywały się przez wiele tygodni na Liście Przebojów Trójki, a "Moja krew" weszła do stałego repertuaru jako jeden z największych hitów zespołu.

Drugim wydarzeniem było rozstanie z Andrzejem Ludewem, które - o czym będziemy jeszcze mówić - stało się jednym z czynników pogłębiających mający niebawem nastąpić kryzys.

ciąg dalczy ... Rozsypka