Alex Stach

Gwiazdy, Komety & Czad

I - Narodziny

Czwartek, 10 lipca 1980, od 2.00 po południu do północy.

Przesłuchanie trwa od dziewięciu godzin. Pięć minut przerwy dla odprężenia nerwy - rzuca schrypniętym głosem taki sobie grepsik, jeden z trzech młodych mężczyzn zasiadających w niewielkiej salce Dworu Artusa przy toruńskim rynku staromiejskim.

Sławek Ciesielski odkłada pałki, przeciąga się i odchyla głowę do tyłu. Rypie go w krzyżu. Przez chwilę błądzi półprzytomnym wzrokiem po łukowym, gotyckim sklepieniu. Jest bliski załamania: dziewięć godzin ciężkiej harówki, i nic. To uczucie, większym lub mniejszym stopniu, podzielają jego koledzy. Paweł Kuczyński ma zmierzwione pióra i silnie zaczerwienione spojówki. Grzegorz Ciechowski - spierzchnięte wargi. Wszystkich bolą nadwerężone tłumieniem spazmów śmiechu przepony.

Różnych sposobów się imali, aby stłumić wesołość słuchając tego tabunu facetów, z których każdy wchodził tu z nadzieją, że zostanie wokalistą rockowym. Sławek miał najłatwiej: chował się za bębny i talerze. Paweł ze swoim basem umykał za litościwie zwisającą nad scenką kotarę. Grzegorz z fletem nie miał się gdzie chować; przynajmniej starał się odwracać tyłem do nieszczęśników, tak przejętych, że wszyscy mieli problemy z prostymi wejściami "na raz". A gdy już nawet udało się wejść, dalej było jeszcze gorzej.

Koniec przerwy, kucamy - wisielczo zażartował Paweł i poprosił ostatniego czekającego na swoją kolej pretendenta, jak na złość prymusa ze szkoły muzycznej. Prymus, ufny w swe talenty i umiejętności, katował ich dobre pół godziny, a jedynym rezultatem było to, że bardziej wszechstronnie niż wszyscy poprzednicy zaprezentował całkowitą rockową ignorancję.

O północy zakończyli robotę, podsumowując ciężki dzień niewesołą refleksją: No i nadal nie mamy wokalisty.

Piątek, 11 lipca 1980, od 10.00 rano do południa.

Grzegorz, Sławek i Paweł, zebrawszy się znów w Dworze Artusa około 10 rano, musieli spojrzeć prawdzie w oczy. Długie i męczące poszukiwania wokalisty zakończyły się fiaskiem. Trzeba było pogodzić się z tym i poszukać jakiejś innej drogi, jeśli chcieli nadal pracować razem i stworzyć zespół. Należało coś postanowić, bo nie mogła trwać dłużej sytuacja, jaka powstała po rozwiązaniu grupy Res Publica. Jej założyciel i lider Jan Castor (Wiesław Ruciński) wybrał karierę solową (niektórzy z pewnym żalem określają to "poszedł w komercję"). Wkrótce wyjechał do Austrii, a stamtąd do Australii. Pozostali znaleźli się na lodzie, osieroceni i zniechęceni. To, że nie rozeszli się na dobre, było przede wszystkim zasługą Grześka, który z niesłabnącym zapałem zabiegał o utrzymanie grupy w kupie i stworzenie nowego zespołu.

11 lipca to wszystko zawisło na włosku. Jasne było, że nastąpi albo przełom, albo koniec.

Nie wiadomo do dzisiaj, od kogo wyszła propozycja, ale wiadomo, że zaakceptowali ją jednogłośnie i że to był przełom.

Od tej chwili śpiewać miał Grzegorz Ciechowski. Już najbliższa przyszłość pokazała, jak trafna to była decyzja. .

I jeśli przyjąć, że w tym właśnie momencie począł się "fenomen Republiki", która już niebawem miała odnieść oszałamiający sukces, to należy pamiętać, iż od owego poczęcia do narodzin zespołu był jeszcze do przebycia kawał wyboistej drogi.

Sobota, 12 lipca 1980, od południa do późnego wieczora.

Dlaczego Grzegorz Ciechowski, który nigdy przedtem tego nie robił, bo był dotąd głównie flecistą (i trochę klawiszowcem) zdecydował się śpiewać? Nie dysponuje wybitnymi warunkami głosowymi, ale jego mocną stroną jest interpretacja i siła wyrazu, a o to przede wszystkim chodziło. Dziś tak o tym mówi: W ostatnich miesiącach pracy z Castorem, który śpiewal wyłącznie po angielsku, zacząłem pisać polskie teksty. Nabrałem ogromnej ochoty, żeby były wykorzystane. Wtedy trudno było o debiut moich wierszy, a okazało się, że można je śpiewać, i mało tego - odkryłem, że one docierają do kręgu odbiorców szerszego, niżby mogły, jako tomik poezji. Dlatego, gdy opuścił nas Castor, z uporem maniaka chodziłem od Pawła do Sławka i namawiałem ich, żeby jednak robić próby. Wtedy nawinął się Adam Szałach, który grał w składach bluesowo - jazzowych. Był on waltornistą i zdolnym pianistą.

A więc klamka zapadła: postanowili nadal próbować, jednocześnie grając wieczorami w piwniczce Dworu Artusa. Waltornia nie weszła wprawdzie w skład zespołu, ale Adam Szałach siadł przy klawiszach, a Grzesiek coraz częściej odrywał wargi od ustnika fletu i śpiewał.

Lecz wciąż brakowało gitary.

Poniedziałek, 14 lipca (191- sza rocznica zburzenia Bastylii przez lud Paryża), od 10.00 rano do 5.00 wieczorem 19-go sierpnia.

W znanej już piwniczce zespół regularnie robi próby i grywa - jak to określił Paweł - różne dziwne kawałki, może jeszcze nie nowofalowe, ale zdecydowanie nie pop.

Gitary nadal brak.

Piątek, 3 listopada 1980, od 5.00 wieczorem do północy.

Paweł siedzi w kasie PSJ. Sprzedaje bilety na rozpoczynającą się właśnie Pomorską Jesień Jazzową. Paweł musi dorabiać pracą w Stowarzyszeniu, bo jako jedyny z zespołu ma już żonę i pięcioletniego syna.

Podchodzi do niego facet z brodą jak patelnia, uśmiechem dookoła głowy i powiada : cześć, jestem Zbyszek Krzywański, dla przyjaciół - Krzywy. Usłyszałem, że szukacie gitarzysty i kazano mi się do ciebie zgłosić.

Paweł jest nieco zdetonowany dość bezceremonialnym wejściem Zbyszka, ale niebawem prowadzi go na pierwszą próbę, po której Krzywy zostaje kupiony. Wreszcie jest gitara!

W ten sposób formuje się zasadniczy skład zespołu, który utrwali się na dobre po odejściu pianisty Adama Szałacha.

Poniedziałek, 6 listopada 1980, od rana, aż do 25 kwietnia 1981.

Skompletowany z takim mozołem zespół rozpoczyna intensywną pracę. Grzegorz, Paweł, Sławek i Zbyszek dzień w dzień ćwiczą do upadłego, nierzadko dosłownie 24 godziny na dobę. Adam Szałach przejawia mniejszą aktywność; wkrótce okaże się, że nie jest w tym składzie niezbędny. Od tej chwili będzie jeszcze czasami pojawiał się okazjonalnie, by wreszcie zniknąć na dobre. Lojalni koledzy do dziś wszakże sprawiedliwie przyznają, że "Biała flaga", ta sztandarowa pieśń Republiki, powstała właśnie wówczas, z jego udziałem.

Krzywy zaaklimatyzował się szybko. Paweł wspomina: Pierwsza próba ze Zbyszkiem napawała mnie strachem. Od tego jego impetu, z jakim na mnie wpadł, jako świetny gitarzysta, od tego, jak gadał głośno, dużo i nie zawsze na temat, co po części zostało mu do dzisiaj. Na szczęście okazało się, że jest w miarę otwartym facetem.

Próby odbywały się tak, że zaczynaliśmy od sekcji. My ze Sławkiem zaczynaliśmy coś tłuc i powoli wszyscy dochodzili. Każda zablusowana solówka była karcona, bo z założenia robiliśmy rzeczy nowe. Trudno było mówić o kompozycjach, ale miało to swoje konsekwencje, bo z takich prób i improwizacji na przykład powstała potem "Arktyka". Była ona pierwotnie moją i Sławka rozgrzewką w nieparzystych rytmach.

Mozolna praca owocowała coraz lepszym zgraniem zespołu, a także, jak widzimy, zaczątkami nowego repertuaru. Pod koniec tego okresu, gdzieś tak w pierwszych dniach kwietnia 1981, temperatura w grupie i wokół niej zaczęła wzrastać: nadeszła gorączka przedpremierowa.

Chłopcy zamierzyli to wydarzenie, jako "Wejście! Smoka!". Do Dworu Artusa ściągnięto tony najlepszej profesjonalnej aparatury. Cały Toruń oklejono afiszami: na starych sztrajfach zespołu Res Publica przekreślono literę "s" i przerobiono "c" na "k"; nie dlatego, iżby nie można było wydrukować nowych plakatów. I nie dlatego też, że słynna "republikaryca" - doskonale znane wszystkim fanom, i nie tylko, logo zespołu - nie było jeszcze wtedy wymyślone. Raczej chciano zasygnalizować w ten sposób przepoczwarzenie się poprzedniej formacji w nową jakość; to był świadomy chwyt propagandowy. I, trzeba przyznać, nader skuteczny: 25 kwietnia publiczność waliła do klubu drzwiami i oknami.

Na oczach kilkuset młodych ludzi, którym udało się dostać do środka i przy asyście dalszych setek, słuchających koncertu na nagłośnionym Rynku Staromiejskim, nastąpiły prawdziwe narodziny grupy REPUBLIKA.

Pierwszy duży koncert... i pierwsza wielka klapa!

Pomimo sukcesu komercyjnego, mimo aplauzu publiczności, sami muzycy uznali premierowy występ za niewypał. Oprócz "Białej flagi", która przetrwała do dziś, a wówczas stała się odskocznią do stworzenia nowego repertuaru, wszystkie inne utwory były do niczego. Zapadła bolesna, ale jedynie możliwa decyzja: wyrzucamy całą resztę, zamykamy się w piwnicy i szukamy muzyki. Rzeczywiście zamknęli się na cztery miesiące, i tak powstał pierwszy, prawdziwie autonomiczny repertuar nowonarodzonej Republiki. Zasiew, który wkrótce zrodzi oszałamiający sukces.

ciąg dalczy ... II - Pięć lat tłustych