Alex Stach

"Gwiazdy, Komety & Czad"

II - PIĘĆ LAT TŁUSTYCH

1985

Styczeń: przygotowania do rejestracji nowej płyty - Luty: cztery koncerty i uroczysty bankiet w Riwierze z okazji wręczenia Złotej Płyty za LP "Nowe Sytuacje" - Marzec: duża trasa na Pomorzu Zachodnim i na Śląsku - Czerwiec: koncert w Rock Arenie - Lipiec: Grzegorz wraca do cywila - Sierpień: pamiętny koncert w Jarocinie - Wrzesień: nagranie singla "Sam na linie - Moja krew" - Rozstanie z Andrzejem Ludewem.

Widowisko baletowe ,;Republika - Rzecz ' Publiczna", którego realizacja stała się nowym ważnym doświadczeniem artystycznym, przyniosło też, poza wszystkim innym, istotny skutek uboczny: kanonier Ciechowski uzyskał w wojsku szczególny status, o jakim zwyczajni, mniej muzykalni kanonierzy nawet pomarzyć nie mogą. Nie musiał mieszkać w koszarach, mógł brać udział w próbach i koncertować. Życie zespołu mogło toczyć się prawie normalnie.

Natychmiast po skończeniu pracy nad "Rzeczą Publiczną" Republika zabrała się za przygotowywanie nowego materiału, z myślą o kolejnej płycie. W tym okresie powstały między innymi tak ważne utwory, jak "Klatka" i "Ciało", które nagrane w lecie dla Programu III natychmiast znalazły się na pierwszych miejscach Listy Przebojów. Te, należące do największych hitów piosenki, grywane są do dziś na koncertach.

W międzyczasie, w lutym, nastąpiło wydarzenie wielkiej wagi, lub, jeśli ktoś woli terminologię artyleryjską - dużego kalibru: Republika otrzymała Złotą Płytę za LP Nowe Sytuacje. Uroczystość przygotowano z odpowiednią do okoliczności pompą. Uświetniły te obchody cztery entuzjastycznie przyjęte koncerty w Riwierze, i nader wystawny bankiet, w całości ufundowany przez Polton. Oczywiście nie zabrakło przy tej okazji złośliwych, którzy twierdzili, że wytwórnia chce tym sposobem osłodzić nieco zespołowi gorzką pigułkę, jaką był niewypał z wydaniem "Nieustannego Tanga"... Jak było naprawdę, trudno dziś orzec, faktem wszakże pozostaje, że bankiet był okazały, a cała impreza stała się wielkim spektakularnym sukcesem Republiki.

Niedługo po nim, w marcu, zespół ruszył w dużą trasę koncertową, obejmującą Pomorze Szczecińskie oraz Śląsk. A jak wówczas bywało na trasach?

- Bywało tak, że jak Bozia przykazała - siusiu, paciorek i spać - skromnie spuszczając oczy bajeruje Zbyszek.

- Z rzadka... - Grzegorz marszczy czoło, jakby nie mógł sobie przypomnieć.

- Z rzadka, ale bywało - upiera się Krzywy.

- To już chyba myślisz o jakiejś kompletnej dziurze...Prawdę mówiąc, nie pamiętam - oponuje Ciechowski.

- A i owszem, zdarzały się i takie - Zbyszek najwyraźniej postanowił iść w zaparte. - Ale i w najgorszej dziurze przeważnie jest jakiś porządny hotel. A że Ludew zawsze załatwiał najlepsze hotele, więc na ogól były baseny, sala bilardowa, te rzeczy... - Widząc pełne rozbawienie na twarzach wszystkich słuchaczy, Zbyszek z lekka się mityguje i dodaje pojednawczo:

- No, jeśli chodzi o wódeczkę, to oczywiście nie można powiedzieć, że byliśmy abstynentami, ale nie, żeby jakieś tam straszne ilości, w żadnym wypadku. O narkotykach w ogóle nigdy nie było mowy.

- No, a kobitki? - podjudza Alex Stach.

W tym miejscu konsternacja Krzywego sięga zenitu. Rozpaczliwie usiłuje ratować sytuację:

- Oczywiście, byliśmy wtedy diabelnie popularni, nie da się ukryć. Nastolatki często rozpoznawały nas na ulicy i czasem robiło się trochę zamieszania...

- Kiedyś idę sobie w Łodzi w pełnym słońcu - podejmuje Grzegorz - i nagle słyszę za sobą tupot kilkudziesięciu nóg. Myślę sobie - cholera, znowu jakaś klasa mnie dorwała i teraz przez pół godziny będę dawał autografy. A oni, okazuje się, biegli do tramwaju! Tak się spieszyli, że nikt mnie nie zauważył: ja stoję taki skulony, a ci polecieli dalej...

- Ale czasami bywało, że po koncertach chyłkiem uciekało się z sali - ożywia się Zbyszek. - Kiedyś o mało nie złamałem nogi, bo miałem śliskie buty. Fani polowali na pamiątki, i to wszelkiego rodzaju, bodaj na nasze niedopałki, a zdarzało się, że dziewczyny prosiły, żeby wyrwać dla nich choćby włos.

- Z tym, że była żelazna zasada: nie ruszać fanek. To były młodziutkie panienki, jeszcze w wieku prokuratorskim, ale nawet nie to było decydujące, lecz nasze wewnętrzne przekonanie, że byłoby nie fąir wykorzystywać jakieś ich zauroczenie do tych celów. To była sprawa etyki.

- Zdarzało się, że do hotelu przychodziła piętnastoletnia dziewczyna po autograf. Więc się jej go dawało i do widzenia. - wtrąca Zbyszek.

- Kiedyś przyszła do mojego pokoju dziewczyna kontynuuje Grzegorz - bardzo fajna, ładna, może 16-letnia. Zaciągała trochę po śląsku, co ma dla mnie swój urok. Po ceremoniale autografowym mówi, że nie może być ze swoim chłopakiem i że absolutnie musi spełnić się to, o czym marzy od dawna, to znaczy musi wylądować w moim łóżku. Ja, dwudziestoośmioletni wówczas facet, patrzę na to dziecko i pytam: Jak sobie to wyobrażasz? Łapię ją za tyłek - chcesz, żeby tak było? Może mam zgasić światło? - gaszę, a ona coraz bardziej wystraszona. Może wolisz w łazience? - prowadzę ją tam - Teraz lepiej? Jesteś w nastroju? Ona mówi nie, a wtedy ja - no widzisz, więc może jednak wróć do swojego chłopaka... Było wiele sytuacji, gdzie możnaby takie rzeczy wykorzystać, ale nigdy tego nie robiliśmy.

- No tak, ta łatwo dała się spławić, ale czy nie trafiały się bardziej zdecydowane i uparte? - naciska Alex Stach.

- Trafiały się... - Grzegorz dla osłody opowiada jeszcze jedną historię. - Któregoś dnia mieliśmy próbę w Odnowie. Panował wtedy zwyczaj, że fani mogli słuchać prób, ale tylko z zewnątrz. Tymczasem wchodzi nagle na salę dziewczyna, młodziutka, chyba z 15 lat, i staje na środku. Kończymy grać i mówię do niej: słucham. Ona odpowiada: no tak, powinnam się tego spodziewać. Czego? - pytam. No, że tak na mnie zareagujesz. Myślę sobie, o psiakrew, zdaje się, że jakaś grubsza sprawa, ale mówię spokojnie: powiedz szybko, o co chodzi, bo, widzisz, nie mamy czasu, próbujemy. Nie macie czasu - ona na to - tego też się mogłam spodziewać. Zaczęło mnie to intrygować, bo byłem pewien, że widzę ją pierwszy raz w życiu, ale już zaczęły się wkradać wątpliwości. Co się stało? - pytam. A ona: To się stało, mój drogi, że będziemy mieli dziecko. Trochę mnie zamurowało, ale pytam, kiedy się spotkaliśmy. Nie pamiętasz? - i podała lipcową datę spotkania w Koszalinie. Ja panicznie grzebię w pamięci, gwałtownie szukam alibi, i olśnienie - w tym czasie byliśmy za granicą. Już spokojniej proszę, żeby przypomniała jak to było. Przyszedłeś do mojego namiotu - opowiada - mówiłeś mi różne piękne : rzeczy, no a potem, to już wiesz... Wydaje mi się, że miałeś inny kolor oczu, ale to pewnie musiały być szkła kontaktowe... Pomyślałem, że są dwie możliwości: albo ona urządza taki happening, albo ktoś podał się za mnie. Diabli wiedzą czy rzeczywiście była w ciąży, ale zrobiło mi się jej żal. Wtedy ona nagle zdała sobie sprawę, że to nie byłem ja i zaczęła dygotać i płakać. Skończyło się na uspokajaniu, pocieszaniu i obietnicy że postaram się jej pomóc. Dałem jej swoje namiary, bo rzeczywiście byłem gotów coś dla niej zrobić, ale nie odezwała się więcej... Więc widzisz, były też takie historie. Często i ja, i chłopaki z zespołu braliśmy udział w aferach, o których nikt z nas nie miał pojęcia, bo nigdy naprawdę nie miały miejsca. Natomiast krążyły legendy.

- O których nie raz i nie dwa różni anonimowi "życzliwi" informowali nasze żony - dodaje Zbyszek i podsumowuje filozoficznie - ale cóż, to część ceny, jaką się płaci za popularność.

A popularność zespołu ugruntowała się od dłuższego czasu na najwyższym poziomie. Obciachem było nie znać Republiki. Ale też, w niektórych środowiskach, obciachem było być fanem Republiki. Społeczności nastolatków podzieliły się, z grubsza biorąc, na zwolenników Republiki i fanów Lady Pank: tam, gdzie jedni z nich byli w znacznej przewadze, drudzy nie mieli łatwego życia. To zróżnicowanie pokrywało się w dużej mierze z podziałem na punków i poppersów,

których pokojowe współistnienie było zgoła niemożliwe, a już zwłaszcza podczas koncertów, gdzie dochodziło nierzadko do poważnych zadym.

Uczucia do Republiki wśród punkowców, którzy początkowo okrzyknęli ją swym zespołem kultowym, ochładzały się coraz gwałtowniej od chwili, kiedy zaczęła przybierać postać grupy ekskluzywnej . Ale do występu na festiwalu w Jarocinie w r. 1982 było jeszcze jak cię mogę. W 1983 Republika do Jarocina nie pojechała, i to już wzbudziło wyraźną niechęć, ale kiedy nie pojechała również w 1984 - tym razem z powodu choroby jednego z muzyków nastąpiła prawdziwa eksplozja oburzenia i nienawiści. Odbyły się ekscesy i demonstracje z niszczeniem płyt, paleniem pasiastych flag i plakatów zespołu. Na takie łakome kąski czyhali oczywiście, jak sępy, żądni krwi dziennikarze. Niektórzy, gdy kontestatorom zabrakło chwilowo symboli do poniewierania, szybko dokupywali je za własne pieniądze i proponowali powtórkę w celu uzyskania lepszego ujęcia kamerą. Demonstranci naturalnie nie dawali się długo prosić i w ten sposób spirala morderczych instynktów nakręcała się samoczynnie.

W tej sytuacji łatwo zrozumieć, że gdy w roku 1985 Republika zdecydowała się jednak podnieść rękawicę i zagrać w Jarocinie, napięcie po obu stronach barykady sięgnęło punktu krytycznego. Krzywy szacuje, że z 20 tysięcy ludzi obecnych na festiwalu, około 3/4 szykowało się do regularnego linczu.

Był to ostatni koncert festiwalowy. Po Republice miał grać już tylko zeszłoroczny laureat, zespół Niepodległość Trójkątów.

Widownia wrzała, wisząca w powietrzu nienawiść czuło się namacalnie.

Zapowiadający koncert Piotrek Nagłowski, wyraźnie zmieszany (żeby nie powiedzieć - przerażony) zapytał: Jak mam was zapowiedzieć? - Normalnie. Powiedz Republika i tyle - odrzekł z godnym podziwu spokojem, nieco tylko przybladły Grzegorz. Piotrek wyszedł na scenę, wypowiedział słowo "Republika" i... musiał uciekać co tchu. Rozległ się huraganowy, zagłuszający wszystko gwizd. Zespół zamknął oczy i ukazał się publiczności. Posypały się pomidory, zgniłe jaja, użyto wypróbowanej, jednej z najsilniejszych broni masowego rażenia: plastikowych torebek ze starą, dobrze wyleżakowaną na słońcu maślanką. Zapowiadało się uroczo.

- W tym momencie - powiada Grzegorz - odezwała się we mnie natura buldoga. Stanąłem na krawędzi sceny, chłopaki tuż za mną. Byłem wściekły, ale postanowiłem, że zagramy z całą bezwzględnością.

Nagle jeden z pomidorów, rzucony szczególnie celnie trafił w ukochany instrument Ciechowskiego, Yamahę DX7, i to tak nieszczęśliwie, że rozprogramował ją. Trzeba się było nastroić, a przez ten czas nienawiść publiki nadal rosła. Na domiar złego nastąpił teraz kiks techniczny. Otóż pierwszy utwór, "Mówca", miał rozpocząć się przygrywką z taśmy. Roztrzęsiony akustyk przy konsolecie pomylił "z nerw" strony kasety i puścił coś zupełnie innego.

Widownia wyła w takiej ekstazie, że było ją słychać na parę wiorst wokoło. Ponoć w okolicznych wioskach następnego poranka krowy nie dały mleka, a niektórym gospodyniom to i kury przestały się nieść...

Wreszcie Republika zagrała.

Po trzecim, czwartym utworze publiczność zaczęła się uspokajać. Cichło. Umilkły gwizdy. Zapanował spokój, a po dalszych kilku minutach dotychczasowy nastrój zaczął przekształcać się we własne przeciwieństwo.

Od nienawiści do miłości jeden krok. Ten krok został zrobiony i Republika zrozumiała, że zwycięża. Po ostatnim utworze, którym była "Moja krew", zapadła chwila ciszy, jak makiem zasiał, a potem zagrzmiało entuzjastyczne, dwudziestotysięczne "Sto lat!". Teraz ludzie nie chcieli wypuścić zespołu ze sceny, ale bisów nie było.

Ten słynny koncert do dziś wywołuje wśród chłopaków emocje; w pamięci każdego z nich pozostaje jako coś żywego i ważnego. Warto nieraz - mówi Zbyszek - grać i dziesięć lat bez żadnego sukcesu, aby zagrać jeden taki koncert, gdzie czterech facetów kładzie na łopatki 20 tysięcy ludzi i z nienawiści przekabaca ich na totalną miłość.

Zaś Grzegorz podsumowuje: Owszem, niewątpliwie zwyciężyliśmy wysoko, i to w bezapelacyjnym stylu, ale to nie zmienia faktu, że podczas całego koncertu towarzyszyło mi poczucie krzywdy, jakiegoś zła, którego doświadczam niezasłużenie. Teraz myślę, że bez tej agresji widowni występ nie byłby tym, czym się stał: wydarzeniem. Był to jeden z najlepszych koncertów Republiki. Uzyskaliśmy poczucie wygranej, i to wygranej na miarę Dawida, który pokonał Goliata. Gdy graliśmy "Moją krew" publiczność oszalała i to była nasza satysfakcja. Ale cała ta sytuacja spowodowała moje niezmienne postanowienie, że będzie to nasz ostatni występ w Jarocinie. Nie chciałem więcej uczestniczyć w czymś, co pozostawia niesmak.

Aby zamknąć bilans 1985 roku należy jeszcze wspomnieć o dwóch, zresztą zupełnie różnych, wydarzeniach brzemiennych w skutki.

Pierwszym było nagranie singla "Sam na linie" - "Moja krew"; obie piosenki utrzymywały się przez wiele tygodni na Liście Przebojów Trójki, a "Moja krew" weszła do stałego repertuaru jako jeden z największych hitów zespołu.

Drugim wydarzeniem było rozstanie z Andrzejem Ludewem, które - o czym będziemy jeszcze mówić - stało się jednym z czynników pogłębiających mający niebawem nastąpić kryzys.

ciąg dalczy ... Rozsypka