Alex Stach

Gwiazdy, Komety & Czad

II - PIĘĆ LAT TŁUSTYCH

1984

Angielska wersja "Nowych sytuacji", czyli LP "Republika " 1984" - 20 ważnych koncertów - Czerwiec/ lipiec: duński festiwal Roskilde '84 - Sierpień: fiński Ruis Rock Festiwal w Turku - 5 września: Grzegorz zostaje artylerzystą Październik/listopad: przygotowanie widowiska "Republika Rzecz Publiczna" - Wychodzi LP "Nieustanne tango" - 29 grudnia: premiera widowiska w Teairze Wielkim w Łodzi.

Republika zawsze przywiązywała ogromną wagę do tekstów. Przypomnijmy sobie, co mówił Grzegorz jeszcze w czasie, kiedy grał z Castorem. Traktował śpiewanie przede wszystkim jako formę publikowania myśli, jako możliwość dotarcia z własną poezją do większej liczby odbiorców, niż byłoby to możliwe poprzez druk. To podejście do słuchacza przeniosło się na wszystkich członków zespołu i pozostało z nią na zawsze: zespół chce nie tylko dawać mu przeżycie estetyczne, ale także kształtować go, a w każdym razie prowokować do głębszej refleksji.

- Najważniejsze, w pozamuzycznych działaniach Republiki - mówi Grzegorz - było to, że młodzi ludzie zaglądali bardzo głęboko w nasze teksty. Jeśli, na przykład, podałem w wywiadzie informację, że właśnie czytam Orwella "Rok 1984 ", to natychmiast odbywał się najazd na wszystkie biblioteki i poszukiwanie tego tytułu. Oczywiście, panie w bibliotekach były przerażone, bo książka była na indeksie. Trzeba więc było szukać innych dróg dotarcia do tekstu i myśmy te szlaki przecierali. Doszło do tego, że gdy w Wolnej Europie czytane były w odcinkach "Folwark zwierzęcy" i " 1984 " Orwella, fanki nagrywały to na taśmę, a potem przepisywały do zeszytów, powielały, wymieniały to między sobą i kompletowały z benedyktyńską cierpliwością, słowem, tworzył się jakiś "trzeci obieg" literatury oficjalnie w owym czasie zakazanej.

- Naturalnie, tam, gdzie to było możliwe - dodaje Zbyszek - ludzie znajdowali też drogę do drugiego obiegu, do niezależnych oficyn, które tę literaturę wydawały.

- A więc robiliśmy tę swoją krecią robotę, głównie poprzez Trójkę i wywiady w gazetach, bo przecież w dalszym ciągu Republika nie istniała w telewizji. Dla mnie to byłby obciach estetyczny. To, co działo się wtedy w TV, było takim gnojowiskiem, że nie mogliśmy się tam pokazać. Pozostawały koncerty i Program III, ale to była olbrzymia siła. Przez kilka lat mieliśmy fantastyczne możliwości: kiedy nasz utwór, wyemitowany w piątek, już w sobotę był na pierwszym miejscu Listy Przebojów - jak to się stało na przykład z "Ciałem" - nie było wątpliwości, że słuchają nas wszyscy. Przy takiej okazji można kilka rzeczy zrobić i staraliśmy się z tego korzystać.

- Jestem pewien, że dla promocji Orwella w Polsce, zrobiliśmy więcej, niż prasa podziemna.

- O "Nowych sytuacjach" mówiłem w wywiadach wprost, że jest to poetyka orwellowska i w związku z tym dzieciaki, chcąc nie chcąc, musiały docierać do istoty tego, co to jest. Ale nie kończyło się tylko na Orwellu. Zawsze starałem się prowadzić świadomą politykę. W co drugim z mnóstwa listów, jakie do nas przychodziły, powtarzało się pytanie, co czytać. Lansowałem więc oczywiście własne fascynacje literackie, jak to było choćby z Vonnegutem.

- I jak wygląda, w odniesieniu do nas, ta rozpowszechniona w czasie stanu wojennego teoria socjotechniczna, że niby najpopularniejsze zespoły rockowe są rodzajem sterowanego odgórnie wentyla dla sfrustrowanej młodzieży?

- Otóż to, nie brakowało przecież wówczas głosów, że jesteśmy narzędziem junty, niemalże jednym z filarów władzy!

- To śmieszne. Zawsze uznawaliśmy, że twórca jest odpowiedzialny, za to, co robi. I mamy całkowicie czyste sumienie - podsumowuje Zbyszek.

Tymczasem ów orwellowski rok 1984 zapisał się w dziejach zespołu wydaniem dwóch płyt, w tym pierwszej anglojęzycznej. W pewnym sensie obydwie nie spełniły pokładanych w nich nadziei, choć z zupełnie różnych powodów.

Firma fonograficzna Mega Organization, założona przez Grzegorza Kuczyńskiego i brytyjczyka Dave Leapera, postanowiła wypuścić na rynek anglosaski płyty TSA, Republiki i Lady Pank. Republikanie wzięli się za przygotowanie anglojęzycznej wersji "Nowych sytuacji" z wielką energią i błyskawicznie zrealizowane nagranie było gotowe już latem. Wkrótce zaistniało na rynku angielskim w postaci LP Republika 1984, między innymi w kilku liczących się sklepach londyńskich i rozchodziło się zupełnie dobrze. Niestety związane z płytą rozległe plany promocyjne nie doczekały się realizacji, a szkoda, bo były nad wyraz kuszące. Na początek Republika miała wystąpić w drugim programie BBC, w prestiżowym programie "The Tubs". Potem przewidziana była tura koncertów w Wielkiej Brytanii, a następnie trasa po Europie, początkowo jako support słynnej grupy U2. Żadne z tych zamierzeń nie doszło do skutku, ponieważ Grzegorz w międzyczasie znalazł się w wojsku.

Druga płyta - zarejestrowane poprzedniej jesieni Nieustanne tango - ukazała się pod koniec roku, ale powiedzmy sobie od razu, że też nie było to, o co chodziło, tym razem za sprawą wydawcy. Firma Polton zmieniła właśnie

dyrektora, którym został Bronisław Tomaszewski, nawiasem mówiąc późniejszy szef LOT-u, a więc, jak widać, człowiek o wszechstronnych zainteresowaniach. Wraz z dyrektorem zmieniła się polityka wydawnicza firmy, wskutek czego Polotn, już w trakcie realizacji płyty, wycofał się z wcześniejszej umowy. W rezultacie wypuszczono tylko niecałą połowę podstawowego nakładu i odstąpiono od wydania dalszego ciągu. Odstąpiono też od zapłacenia dalszego ciągu należnych zespołowi pieniędzy. Sprawa znalazła się w sądzie i została przez Republikę przegrana, nie dlatego, iżby Republika nie miała racji, ale dlatego, że jej prawnik był "za cienki Bolek", żeby podskoczyć takiemu potentatowi, jakim wówczas był Polton. Jakby stawiając kropkę nad "i", aby jeszcze gorzej przysłużyć się zespołowi, Polton opakował płytę w szmatławą okładkę ze zwykłego bristolu.

Efekt tego wszystkiego był taki, że "Nieustanne tango" zniknęło z rynku niemal niezauważone.

Te, nie do końca udane przedsięwzięcia fonograficzne, sprawiedliwy los sowicie powetował Republikanom w życiu estradowym. Wiosną i latem odbyło się około 20 dużych i ważnych, bardzo gorąco przyjętych przez publiczność koncertów w różnych miejscach całego kraju. Recenzje były na ogół bardzo dobre, chociaż już tu i ówdzie niektórzy krytycy, jakby zniecierpliwieni pasmem nieustannych sukcesów zespołu, zaczynali szukać dziury w całym. Przy czym charakterystyczne było to, zresztą nie tylko w tym przypadku, że najbardziej wybredni stawali się często niedawni najwięksi entuzjaści, potwierdzając własną postawą trafność porzekadła, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

Na przełomie czerwca i lipca Republika wyjechała do Danii na festiwal Roskilde '84 i przeżyła tam coś, czego trudno się było spodziewać.

Olbrzymia, siedemdziesięciotysięczna publiczność przyjęła grupę rewelacyjnie, jak starych, dobrych znajomych. Na dodatek Grzegorz i Zbyszek zostali poproszeni przez dziennikarza z Hamburga o wywiad, który następnie wykorzystało publiczne Radio Kopenhaga. Honorarium za to nagranie wyniosło niebagatelną na owe czasy sumę 150 dolarów, wystarczającą na przedłużenie zespołowi o trzy dni pobytu na "zgniłym Zachodzie". Chłopcy przebukowali bilety powrotne i znaleźli wygodne zakwaterowanie w niezłym hoteliku, w tak zwanym tanim miejscu, czyli, powiedzmy to sobie bez ogródek - w kopenhaskiej dzielnicy burdeli i sexshopów. Dla przybyszów zza żelaznej kurtyny, z przaśnej prowincji, jaką była natenczas Polska, było to miejsce nader egzotyczne. Gdy zwiedziwszy przez te trzy dni, co tylko się dało, chłopcy wychodzili właśnie z hoteliku śpiesząc na samolot do kraju, natknęli się, w sercu tej dzielnicy zakazanych uciech, na dwóch niezmiernie czemuś smutnych panów, którzy niespodziewanie zagadnęli ich najczystszą polszczyzną: "A co, nie wróciło się w terminie do ojczyzny? Zostało się dłużej, tak?..."

Tak więc, wszechobecne oko peerelowskiej bezpieki czuwało nad nimi i tutaj...

Na szczęście bezpieka okazała się pobłażliwa, z sobie tylko wiadomych względów przymknęła oko na to poważne wykroczenie i już w miesiąc później pozwoliła im wyjechać ponownie, tym razem do Finlandii na Ruis Rock Festival odbywający się w Turku. Muzycznie impreza była równie udana jak poprzednia, zaś pod względem przeżyć pozaestradowych - znacznie mniej gorąca, jako że Finlandia, to kraj dużo mniej rozpasany niż reszta Skandynawii. Tak, że z uciech cielesnych Republikanie zażywali tam głównie sauny.

Festiwal w Turku odbył się w sierpniu, a już 5 września Grzegorz znalazł się w wojsku, i to nie byle jakim, bo w artylerii. Właściwie jeszcze dzień wcześniej nie traktował tego zagrożenia poważnie, nie przyjmował do wiadomości, że to jest jak najbardziej realne. Składał nawet buńczuczne oświadczenia w jakichś wywiadach prasowych, że to niemożliwe, że on do wojska na pewno nie pójdzie. Do ostatniej chwili liczył, że uda mu się jakoś wyślizgać. Nie udało się.

Po krótkim pobycie w jednostce w Toruniu kanonier Ciechowski został rozkazem dziennym przeniesiony do Łodzi, a tam czyhała już grupa ludzi, którzy sprzysięgli się, by odmienić jego żołnierski los. Były to osoby związane z Teatrem Wielkim w Łodzi - przede wszystkim jego dyrektor Sławomir Pietras, Ewa Wycichowska i związani z nią Jacek Skalski i Wojciech Maciejewski. Za ich sprawą rozpoczęła się realizacja widowiska baletowego z Republiką, i oczywiście kanonierem Ciechowskim, w roli głównej. Spektakl zatytułowany "Republika - Rzecz Publiczna" przygotowano w Teatrze Wielkim, z librettem Ewy Wycichowskiej według "Wyludniacza" Samuela Becketta i muzyką Republiki. Rzecz była gotowa na koniec roku. 29 i 30 grudnia odbyły się premiery dla publiczności "abonamentowej", a w Sylwestra - premiera otwarta.

Nietrudno wyobrazić sobie, jakie odgłosy wywołało to wydarzenie: oczywiście skrajnie przeciwstawne. Właściwie nie spotykało się opinii umiarkowanych, a tylko albo entuzjastyczne, albo potępiające w czambuł. Wśród tych pierwszych dominowało zdanie, że oto wreszcie ktoś miał odwagę tchnąć nowego ducha w starą, skostniałą strukturę, ożywić wiekowe, oczywiście szacowne, ale z lekka zmurszałe mury, no, jednym słowem - przewietrzyć. Te drugie parskały z oburzeniem, że kto śmiał tu zrobić taki przeciąg, tak namieszać w tych, być może nieco zmurszałych, ale przecież szacownych murach, tak potrząsnąć, no może lekutko skostniałą, ale jakże przecie nobliwą strukturą, toż to czysta kontestacja, profanacja i - nie bójmy się tego słowa - zadyma! Fuj !

Nigdy dotychczas żadna "republika" tak poważnie nie naruszyła starego porządku. A najkapitalniejszą mikrorecenzję sformułował pewien wyraźnie zadowolony starszy pan, który opuszczając widownię po spektaklu osadzał w uchu aparat słuchowy: "Pierwszy raz od lat słyszałem wszystko wyraźnie, bez tej przeklętej protezy!"

ciąg dalczy ... Pięć lat tłustych - 1985

ciąg dalczy ... Rozsypka